Rowerem nad Adriatyk przez pięć krajów

O Alpe Adria, jednym z najpiękniejszych szlaków rowerowych w Europie, przez ostatnie lata zrobiło się głośno, a trasa cieszy się niemałą popularnością wśród polskich rowerzystów. Ten malowniczy szlak z Salzburga do Grado – przez Alpy nad Adriatyk – liczy ok. 410 km, osiągając wysokość prawie 1200m npm.

Rowerem nad Adriatyk – gdzieś na szlaku Alpe Adria

Układając plany wyprawy „Rowerem nad Adriatyk”, szukaliśmy możliwości przedłużenia tej trasy, bo od dawna każda z naszych wakacyjnych wypraw przekracza 1000 km. Postanowiliśmy do Salzburga dojechać fragmentem szlaku rowerowego EuroVelo7 (Nordkapp – Malta), przyjmując za punkt startu Hřensko na granicy czesko-niemieckiej. Właśnie tam w roku 2018 zakończyliśmy trasę wzdłuż Łaby.

Z Hrenska promem przez Łabę

Taka „modyfikacja” to dodatkowe 800 km przez Czechy, Niemcy i Austrię, a na przejechanie całości mogliśmy poświęcić aż trzy tygodnie. W ten sposób rozwiązaliśmy też logistyczny problem transportu w jedną stronę. Powrót z rowerami zagwarantował nam Flixbus z Triestu do Wrocławia, ale rezerwacji trzeba było dokonać z dwumiesięcznym wyprzedzeniem. I tak się narodziła koncepcja naszej wyprawy „Rowerem nad Adriatyk przez pięć krajów”, czyli Niemcy, Czechy, Austrię, Włochy i Słowenię.

Czy był to dobry pomysł? Na pewno bardziej wymagający niż zakładaliśmy. Ale z perspektywy domowego biurka szybko zapomina się o bólu nóg.

Mapka wyprawy „Rowerem nad Adriatyk” przedstawiająca 1364 km naszego wysiłku na trasie

Do Pragi – wzdłuż Łaby i Wełtawy

Mamy kilka kilometrów po Szwajcarii Czeskiej na rozruch i oswojenie się z jazdą na rowerach obciążonych sakwami z całym sprzętem biwakowym. Teren jest bardzo górzysty, na szczęście Hřensko to dla nas początek jazdy wygodną ścieżką wzdłuż Łaby. Rzut oka na Děčín – Plac Masaryka, zamek i ferraty przy samej drodze.

Gładko przejeżdżamy przez zdecydowanie większe Usti nad Łabą aż do śluzy, gdzie czekają na nas wysokie schody z kratą śliską w deszczu. Pada zgodnie z prognozami. Tomek łapie pierwszą gumę, ale zadzior w oponie udaje się znaleźć dopiero przy trzeciej.

Kompletnie przemoczeni lądujemy w małym domku na autocampie w Litomierzycach. Domek jest wolny, bo z powodu fatalnej pogody odwołano rezerwację. Ma padać, więc kolejny dzień poświęcamy Litomierzycom, a naprawdę warto. Historia miasta sięga Xw. Stara część znajduje się w niewielkiej odległości od Łaby i otoczona jest murami obronnymi. Ogromy 2-hektarowy rynek otaczają piękne kamienice z czasów renesansu, są dwa ratusze – stary i nowy oraz kościół Wszystkich Świętych z XIIIw.

Z wieży przy katedrze św. Szczepana roztacza się panorama miasta pełnego wielkich budowli pamiętających czasy cesarstwa i świadczących o dawnym bogactwie tego regionu. Nie polecamy litomierzyckiego zamku, który niedawno został podniesiony z ruin, ale służy jako centrum konferencyjne związane z czeskim winiarstwem. Ekspozycja za 150 KC – niekoniecznie. Za to obiad z lokalnym winem w jednej z bocznych uliczek – pycha.  

Litomierzyce nad Łabą – widok z wieży kościelnej

Podążając szlakiem wzdłuż Łaby, warto wybrać trasę alternatywną i wjechać do Terezina. To niewielkie miasteczko z gigantyczną twierdzą wybudowaną przez cesarza Józefa II w XVIII w. i nazwane Terezinem na cześć jego żony Marii Teresy. Twierdza nigdy nie była oblegana, za to wykorzystano ją jako obóz koncentracyjny dla Żydów zwożonych tu z całej Europy. Dziś to ponure świadectwo historii XXw. Pod Litomierzycami ulokowany był jeszcze KL Leitmeritz, najdłużej działający obóz w okupowanej Europie.

Terezin – twierdza a później obóz koncentracyjny

Przejazd przez kolejne miejscowości utwierdza mnie w przekonaniu, że północno-środkowe Czechy są regionem nadzwyczaj interesującym. Na pewno warto się tu pokręcić inaczej niż tylko przejazdem na południe. Wjeżdżając do centrum Rudnic nad Łabą z gigantycznym pałacem, monumentalnymi budowlami i gotyckim kościołem, pchamy rowery po stromych, brukowanych uliczkach.

Trasa wzdłuż Wełtawy jest prosta, a nad krajobrazem z wzgórzami pochodzenia wulkanicznego góruje Říp z romańską rotundą pw. św. Jerzego. Z tym miejscem związana jest legenda o Czechu i początkach państwa czeskiego. W pełnym turystów Melniku patrzymy ze wzgórza, jak łączą się ze sobą Łaba, Wełtawa i szeroki kanał. Ulewny deszcz nam niestraszny, bo siedzimy na ryneczku przy  obfitym obiedzie.

Melnik na wzgórzu

Z Melnika wzdłuż Wełtawy, drugiej rzeki wyznaczającej naszą trasę, jedziemy do Veltrus (kolejny zamek) wprost na camping jeszcze bez turystów, za to z pracownikami sezonowymi i ciekawskimi kozami.

Statek wycieczkowy na Wełtawie

Stąd do Pragi jest już całkiem blisko, ale trasa nie najlepsza. Zresztą od początku w Czechach nigdzie nie ma oznaczeń EuroVelo 7. Na szczęście przed miastem szlak wraca do rzeki, prowadząc do samego centrum. Planowaliśmy zatrzymać się na campingu Troja i stąd już bez rowerów wybrać na dłuższy spacer po Pradze. Niestety trafiliśmy chyba na jakieś zawody na torach kajakowych. Ilość samochodów, ludzi i sprzętu skutecznie nas odstraszyła, więc Stare Miasto przemierzaliśmy z naszymi obładowanymi rowerami, przeciskając się przez gęsty tłum.  

Dojeżdżamy do Pragi

Zaliczaliśmy kolejne punkty – Most Karola, Ratusz z zegarem, dzielnicę żydowską, Hradczany, zastanawiając się nad fenomenem popularności Pragi. Miasto jest piękne, ale zwiedzanie go z rowerami to nie najlepszy pomysł.

W czeskiej stolicy czeskie piwo smakuje najlepiej

Wyjazd z Pragi w ruchu samochodowym też nie taki przyjemny. Noc spędzamy na nietanim campingu we Vrane, ale jest wyjątkowo przytulnie – bardzo sympatyczna kuchnia z miejscem do posiedzenia i białe dywaniki w łazienkach.

Do granicy z Austrią, czyli za zakrętem będzie lepiej

Kiedy rano opuszczaliśmy camping, nie wiedzieliśmy jeszcze, że oto zmienia się charakter naszej trasy. Jak widać, nie przeanalizowaliśmy jej wystarczająco dokładnie. Okazało się , że od Vrane nie prowadzi ona doliną Wełtawy, tylko wspina na okoliczne wzgórza raz po jednej, raz po drugiej stronie rzeki. Zaczęły się uciążliwe podjazdy, zdecydowanie za ciężkie dla naszych rowerów z sakwami i bez elektrycznego wspomagania. O ile wcześniej rowerzystów na trasie było wielu, to tutaj nie spotykaliśmy prawie nikogo. Podjazd za podjazdem – bez litości. Tego dnia prawie 1300 m w górę.

 Zjazdy nie cieszą, bo oznaczają utratę z bólem zdobytej wysokości. Střechowice, Krasna Hora, Lašowice… O obiedzie nie ma co marzyć, bo w małych miejscowościach restauracje otwarte są do 14.00. Zjeżdżamy na camping Orlik nad zalewem o tej samej nazwie. Rozbijamy się obok ogrodzenia, bo obsługi już nie ma, a dodzwonić się nie można. Dobrze, że obok znajdują się czynne toalety z prysznicami za 20KC. Pogryziona torba z jedzeniem, do której nocą dobrał się jakiś zwierz, nie robi już na nas wrażenia. Rano płacimy za nocleg, bo campingiem okazał się cały teren nad zalewem. Teraz trzeba znów wjechać na górę.

Biwak nad zalewem Orlik

Modyfikujemy trasę, porzucając ścieżkę rowerową na rzecz drogi publicznej, gdzie podjazdy są zdecydowanie łagodniejsze. Pamiętamy, że z obiadem nie można za długo czekać. Wreszcie dojeżdżamy do Tynu, jednego z najstarszych miast w Czechach, gdzie na rynku raczymy się pysznymi lodami.

Tyn nad Wełtawą

Tego dnia konsekwentnie jedziemy drogą publiczną. Dobrze, że jest szerokie pobocze. Mijamy elektrownię jądrową Temelin. Widać ją zresztą z każdej strony. Na campingu Křivonoska przed Hlubokou nie ma nikogo oprócz nas. Wokół rosną poziomki. Namioty po nocnym deszczu szybko wysychają w porannym słońcu.

Z Hlubokiej, małego miasteczka o niebywale rozwiniętej infrastrukturze sportowej, do Czeskich Budziejowic prowadzi nas doskonała, wygodna ścieżka rowerowa. Po drodze obserwujemy zmagania kajakarzy na górskim torze na Wełtawie. A jest na co patrzeć!

 Czeskie Budziejowice wydają się esencją klimatu naszych południowych sąsiadów. Kosztujemy Budweisera z browaru Budvar (nie mylić z Budweiserem niemieckim czy amerykańskim) w rekomendowanej przez przewodniki piwiarni Masne Kramy. Spacerujemy po mieście, z Czarnej Wieży podziwiamy rozległy rynek i pobliskie uliczki. Sto lat temu na pewno przechadzał się nimi Jarosław Hašek.

A potem znów podjazdy i zjazdy. To już rejon Szumawy, pasma górskiego na pograniczu czesko-austriackim. Dojeżdżamy do Czeskiego Krumlova, miasta pięknego i klimatycznego. Na ulicach tłumy turystów, głównie Japończyków, a ceny noclegu zdecydowanie nie na naszą kieszeń. Wybieramy więc camping nad Wełtawą – ogromny, zajęty przez wiele grup młodzieży, lekko licząc sto namiotów, a i tak wolnego miejsca nie brakuje. Nad brzegiem rzeki dziesiątki kajaków, kanadyjek i pontonów. Zresztą jadąc dalej w górę rzeki, mijaliśmy kilka pól biwakowych przeznaczonych dla kajakarzy, na samej rzece też niemało spływów.

Jesteśmy coraz bliżej granicy z Austrią. Podrzędna, mało ruchliwa droga prowadzi nas wzdłuż Wełtawy. Podjazdy, o dziwo, bardzo łagodne. Mijamy piękny Rožmberk, potem Wyšši Brod, a przed granicą zatrzymujemy się jeszcze na pyszny obiad. Ale obietnica, że za granicą to już tylko w dół prosto na Linz, znowu się nie sprawdza. Zamiast „luziku” jest droga z długimi, mozolnymi podjazdami, w dodatku w intensywnym ruchu samochodowym, na szosie bez pobocza. Życie ratuje nam droga alternatywna, która prowadzi w stronę Dunaju.

Z Linzu do Salzburga wzdłuż Dunaju, Inn i Salzach

Nie tak zapamiętaliśmy Dunaj z poprzednich wyjazdów. Poziom rzeki w Linzu jest bardzo wysoki, a woda bura, gęsta i gwałtowna. Obfite opady podczas poprzednich tygodni spowodowały sporo podtopień. W parku nad rzeką zalega gruba warstwa błota naniesionego przez wodę. I niestety zamknięta jest trasa rowerowa w stronę Passau. Próbujemy znaleźć jakiś objazd, ale nawigacja głupieje i uparcie kieruje nas na bardzo ruchliwą dwupasmówkę. Trąbią na nas samochody, trąbi policja, zbliża się wieczór. A przecież właśnie ten odcinek Trasy Naddunajskiej miał być najbardziej komfortowy podczas całej wyprawy. Na szczęście po chwili obok drogi pojawia się ścieżka dla pieszych i rowerzystów. Maleńki camping w Ottensheim jest jak wybawienie po tym intensywnym dniu. Obok biwakuje grupa młodych ludzi z Nowej Zelandii, którzy kilka dni spędzają rowerowo nad Dunajem.

Trasa do niemieckiego Passau jest malownicza i komfortowa. Ze względu na wysoki poziom wody nie działają promy, więc od mostu do mostu trzeba trzymać się jednej strony, niemieckiej albo austriackiej, ale trudno zauważyć granicę. Na camping w Passau na rzeką Ilz dojeżdżamy jednak w intensywnym deszczu i kompletnie przemoczeni. Camping jest częściowo zalany, trochę zaniedbany i brudny, za to zdecydowanie najdroższy na trasie – po 24 euro od osoby. Za późno, by szukać czegoś innego. W nocy wydaje mi się, że woda podmywa namiot.

Szeroki Dunaj w Passau

Passau leży u zbiegu trzech rzek: Dunaju, Inn i Ilz, więc powodzie grożą mu często. Po raz pierwszy byliśmy tam miesiąc po tej wielkiej w 2013 r. Teraz to tylko podtopienia – zalane bulwary, zamknięte przejścia, domy nad rzeką stojące w wodzie… Stan zagrożenia ogłoszono 4 czerwca. Tymczasem prognozy zapowiadają kolejne deszcze, ma być też bardzo zimno.

Podtopienia w Passau

Od Passau podążamy na południe wzdłuż rzeki Inn po austriackiej stronie. Zatrzymujemy się wielokrotnie, by obserwować siłę żywiołu. Dłuższą przerwę robimy przy klasztorze augustianów Reichersberg, niedawno odnowionym barokowym kompleksie, który pełni także funkcje centrum kulturalnego. Mężczyźni w bawarskich strojach przygotowują się do jakiejś uroczystości. My ruszamy dalej w stronę Braunau, na camping Gasthaus Putscher w pobliżu miasteczka. Znowu pada, pada bardzo, ma padać długo. I pada! O 12.00 jest trochę lepiej, więc ruszamy. Tablice na zjazdach do rzeki ostrzegają: 20%. Dobrze, że mamy w dół.

Klasztor augustianów Reichersberg

Rzeka Inn odbija na zachód, a my podążamy wzdłuż granicy, obok Salzach, prawego dopływu Inn, który ma nas prowadzić do samego Salzburga i dalej wzdłuż Alpe Adria. Jesteśmy „w niedoczasie”, ale kiedy po drugiej stronie rzeki widzimy obwarowania i zamek Burghausen, nie wahamy się ani chwili. Wychodzi słońce, a my przy kawie na pięknym podłużnym rynku z dwoma kościołami. Nad miastem na urwistym zboczu góruje średniowieczny zamek obronny, najdłuższa taka budowla w Europie (1043 m). Zamieszkują go …ibisy grzywiaste.

Na campingu nad jeziorkiem Höllerersee jesteśmy pierwszymi w tym roku klientami z namiotem. Oprócz nas są jeszcze zające. Szef obiektu przywozi nam stół i ławeczki. Co z tego? Leje przez całą noc i rano, więc przy stole nie da się usiąść. Lepiej się zwinąć w deszczu i poszukać wiaty na śniadanie. Jesteśmy ubłoceni i zmarznięci, podobnie jak inni rowerzyści na trasie. Częstujemy kawą Japończyka, który po raz pierwszy przybył do Europy,  jedzie  EuroVelo 7 i myśli, że w Europie zawsze pada deszcz.

Wreszcie Salzburg. A tu dużo eleganckich ludzi, urokliwe wąskie uliczki, katedra i pałac arcybiskupi… Robimy sobie zdjęcie pod Mozartem, starając się ukryć pod ortalionowymi spodniami folie wystające z butów. Na wystawach sklepów takie piękne sukienki. Nic to! Na licznikach mamy 8xx km. Właśnie zaczyna się ALPE ADRIA!

Z Salzburga do Bad Gastein

Trasa od Salzburga prowadzi wzdłuż Salzach. Pogoda nie jest kapryśna. Wręcz przeciwnie – konsekwentnie i niezmiennie próbuje nam uprzykrzyć ten wyjazd. Jedziemy w zimnym deszczu bez szans na to, by docenić walory krajobrazu, bo po prostu niewiele widać. Każde odbicie od rzeki to ostre podjazdy. Szukamy noclegu pod dachem i już coś prawie mamy, ale na bookingu ktoś nas uprzedza. Chyba wyglądaliśmy bardzo mizernie, bo chłopak z obsługi campingu w Golling kazał nam rozłożyć się w pomieszczeniu kuchennym. Rozwiesiliśmy mokre ubrania, rozłożyliśmy materace i śpiwory, usiedliśmy przy stole i bylibyśmy naprawdę szczęśliwi, gdyby nie perspektywa porannego deszczu.

Kiedy opuszczaliśmy naszą kuchnię, padało tylko trochę. I było „trochę” zimno! Po 4 km uciążliwego podjazdu szlaban na drodze. Z powodu osuwiska jechać dalej nie można, a objazdu nie ma. Trzeba wrócić do Golling i do Werfen przejechać pociągiem. To znacznie skraca naszą trasę, bo mamy już zarezerwowany apartament w pensjonacie Lercher w St. Veit (wart polecenia!). Po drodze odwiedzamy Bischofshofen znane przede wszystkim miłośnikom skoków narciarskich.

Wprawdzie nie trafiliśmy pod skocznię, ale za to wypiliśmy pyszną kawę w lokalu z archiwalnymi zdjęciami skoczków na ścianach. Tego dnia  przejechaliśmy zaledwie 35 km – tak chyba nigdy nie było, ale odpoczynek był nam bardzo potrzebny.

 Przed nami ostatni dzień podjazdów, w tym największy na trasie – do Bad Gastein. Najpierw za St. Veit aż do Klamm 10 km mozolnych podjazdów, a potem robi się prawie płasko. I pogoda zdecydowanie łaskawsza, można nawet podziwiać widoki. Mijamy Dorfgastein i Bad Hofgastein – jest pięknie.

W kierunku Bad Gastein

W Bad Gastein zabawa się kończy, a może właśnie zaczyna. Ulice są takie strome, a rowery z sakwami takie ciężkie, że chciałoby się powiedzieć: dość! Ci na elektrykach, czyli większość, radzą sobie zdecydowanie lepiej. Najgorsza jest ścianka przed kościołem. Dopingują mnie kuracjusze wypoczywający w tym najsłynniejszym austriackim uzdrowisku. Wokół roztacza się atmosfera luksusu – hotele, kawiarenki, piękne pensjonaty. W centrum zjawiskowy wodospad, który fotografują dosłownie wszyscy.

Po pokonaniu podjazdów w Bad Gastein pozostaje już tylko 5 km do Böckstein, gdzie droga się kończy i na drugą stronę Alp tunelem do Mallnitz pociąg zabiera rowery, motocykle i samochody. A potem szalony kilkukilometrowy zjazd do Obervellach. Po bardzo intensywnym dniu odpoczywamy na campingu w Unterkolbnitz prowadzonym przez Czechów (!).

Kolejowe wahadło pomiędzy Böckstein a Mallnitz
Alpejskie krajobrazy przy zjeździe z Mallnitz

Rowerowy creame de la creame, czyli w dół do Grado

Kolejna duża rzeka, która towarzyszy naszej trasie, to Drawa (Drau), dopływ Dunaju. Wydaje się potężna i niesie naprawdę dużo wody, choć to jej górny odcinek. Szeroka dolina stopniowo się zwęża, a wzniesienia otaczające dolinę coraz bardziej przybliżają.

Za Villach zaczynają się podjazdy – przed nami Alpy Julijskie. Zachwycamy się krajobrazami i w tym zachwyceniu dojeżdżamy do granicy włoskiej. Rowerzystów tutaj mnóstwo. Każdy robi sobie zdjęcie przed tablicą ITALIA i jedzie dalej. A tuż obok podjazd 15%! Nawet nie próbuję!

Jedziemy w stronę włoskiej granicy

Dalej ścieżka rowerowa prowadzi po trasie dawnej kolejki wąskotorowej i rowerzystom nie trzeba wyjaśniać, jaki to luksus. Od Tarvisio zaczyna się najwspanialszy zjazd w całym moim rowerowym życiu. Widoki są tak oszałamiające, że nie wiadomo, gdzie patrzeć i co fotografować. Jazda bez pedałowania z konkretną prędkością, łagodne zakręty, tunele, a w dole serpentyny dróg, wiadukty i rozjazdy.

I byłoby tak pięknie do końca, gdyby nie problemy z noclegiem. Czegoś nie doczytaliśmy? Coś przegapiliśmy? Campingu nie ma, hostel w Dogna zajęty do ostatniego miejsca, na dziko jakoś nie bardzo! Rezerwujemy pokój w hotelu w Tolmezzo. Wprawdzie jest późno i trzeba zjechać z trasy, ale 20 km to nie tak dużo. Tylko że z 20 robi się 32, do tego problem z zamkniętą drogą, czego mapy Google nie widzą, nieudana próba (ale za to w dwie strony) pokonania betonowych barierek i dodatkowe kilkanaście kilometrów objazdu. Po nocnej jeździe o 23.00 jesteśmy na miejscu. Miny mamy takie sobie.

RzekaTagliamento

 A trzeba się jeszcze stąd wydostać, bo następnego dnia nawigacja uparcie kieruje nas na tę samą zamkniętą drogę, wskazując autostradę jako trasę alternatywną. Wreszcie znajdujemy cudowną ścieżkę rowerową wzdłuż rzeki Tagliamento do Venzone, gdzie dobijamy do Alpe Adria. No i znowu robi się pięknie!

Tagliamento to błękitna rzeka płynąca bardzo szerokim, w większości suchym korytem, wypełnionym białymi kredowymi kamieniami z Alp Julijskich. Trudno sobie wyobrazić powódź z roku 1966, która zniszczyła średniowieczne miasteczko Venzone. I jakby nieszczęść było mało, w 1976 r. doszło do trzęsienia ziemi, którego epicentrum znajdowało się właśnie tutaj. Miasto odbudowało się z gigantycznych zniszczeń m.in. dzięki wysiłkowi ochotników z całego kraju. Dziś jest perełką przyciągającą turystów swoją historią i niezwykłym klimatem. Nie odmawiamy sobie ani tiramisu, ani lampki lokalnego włoskiego wina.

Trasa przed Udine robi się mniej atrakcyjna, za to przybywa podjazdów, bo niemal każda miejscowość znajduje się na wzniesieniu. Do tego przeważa jazda drogami publicznymi. Niektóre fragmenty ścieżek rowerowych po ostatnich deszczach są nieprzejezdne. Nic to!

W Udine czeka na nas gościnny dom i pyszna kolacja. Mamy cały dzień na leniwe zwiedzanie, a Udine to ponoć w całych Włoszech miasto najlepsze do życia. Wreszcie jest ciepło, a nawet upalnie. Wieczór spędzamy w maleńkim domku u podnóża Alp blisko granicy ze Słowenią, miejscu najpiękniejszym, gdzie kończy się droga, a dochodzi się tam przez dwa brody.

Uroki Udine

Ostatni odcinek Alpe Adria z Udine do Grado liczy zaledwie 60 km i jest idealnie płaski. Po drodze czeka nas kilka atrakcji polecanych przez przyjaciół z Udine. Najpierw Palmanowa – miasto powstałe w czasach renesansu, które poprzez specjalny układ architektoniczny miało realizować zasady ówczesnej utopii. Charakteryzuje się niezwykłą symetrią. Ma sześciokątny rynek, trzy bramy wjazdowe, ulice rozchodzące się gwiaździście, wszystkie tej samej szerokości, dokładnie 14 m.

Widok na Palmanovą z góry (Wikipedia)
Palmanova rynek

Potem Strassoldo z wąskimi uliczkami i nieco zrujnowanym zamkiem, w którym po prostu mieszkają miejscowi. Nie ma za to turystów.

Na koniec jeszcze Akwileja, której początki sięgają II w. p.n.e. Tego miejsca ominąć nie można! Przy wjeździe witają nas ruiny Forum romanum, ale najważniejsza jest katedra z XI w. zbudowana na fundamentach świątyni znacznie starszej, co potwierdza fantastyczna ekspozycja w jej podziemiach. Za najcenniejsze uważa się mozaiki podłogowe z IV w. przedstawiające sylwetki ludzi i zwierząt oraz freski z IXw. w absydzie. Akwileja w początkach chrześcijaństwa była miastem ważnym, stawianym obok Rzymu i Mediolanu!

 Do Grado prowadzi długa grobla łącząca lagunę z lądem. Spieszymy na spotkanie z Adriatykiem, które będzie symbolicznym zakończeniem naszej Alpe Adria, choć to nie koniec wyprawy. Trochę żal, że nie obejrzeliśmy miasta. Kto wie, czy będzie jeszcze ku temu okazja. Jednak wieczór spędzamy na pomoście, gapiąc się w morze i sącząc włoskie wino.

I jeszcze epilog

Powrót z Triestu zaplanowany jest na wieczór za dwa dni. Decydujemy się na rejs statkiem, co będzie dodatkową atrakcją i pozwoli nam uniknąć jazdy bardzo ruchliwą drogą bez pobocza. Z Triestu chcemy jeszcze na krótko odwiedzić Słowenię, piąty kraj podczas naszej wyprawy. Plan wydaje się doskonały.

Nabrzeże w Trieście

I przykra niespodzianka – rejsy z Grado do Triestu są odwołane, a zamiast statku funkcjonuje komunikacja zastępcza, czyli autobus z przyczepą na rowery. Oj, nie tak miało być, ale trudno o inne rozwiązanie. I kolejna niespodzianka – Triest jest miastem wyjątkowo nieprzyjaznym dla rowerzystów. Ścieżek rowerowych nie ma, a trasy prowadzą głównymi i bardzo ruchliwymi ulicami. Są na nich znaki ostrzegające kierowców przed obecnością rowerzystów. Do tego dochodzą jeszcze strome uliczki. Takich nie było chyba nawet w Bad Gastein. Uciekamy w stronę Słowenii, ale trasy nad Adriatykiem nie ma. Jest autostrada.

Triest

Z Muggii docieramy do Parenzany, trasy po torach kolejki, która łączy Włochy, Słowenię i Chorwację. Daleko jej do kolejkowego odcinka Alpe Adria. Trasa nie prowadzi przy morzu, a teren jest górzysty. W Spodnje Skofije robimy sobie małą przerwę. Atmosfera lokalnego baru to doświadczenie nie do opowiedzenia.

Parenzana prowadzi na do Kopru, największego miasta portowego Słowenii. Wstyd się przyznać, ale nic o nim wcześniej nie wiedzieliśmy. Miasto jest wielkim portem handlowym z tysiącami samochodów na nabrzeżu, ale liczy zaledwie 25 tys. mieszkańców (tyle co Turek). Zachwyca architekturą sięgającą średniowiecza i renesansu. Wędrujemy urokliwymi uliczkami, podziwiamy Pałac Pretorów, kosztujemy słoweńskie wino.

Koper

Drogą nad morzem jedziemy na camping w Ankaran, by spędzić na Słowenii tę jedna noc. Ceny okazują się jednak zaporowe. Tuż za granicą włoską w Lazaretto jest kolejny, ale o prawie 40% tańszy.

Powrót do Triestu jest powtórką z poprzedniego dnia, chociaż próbujemy szukać innej trasy. To znowu samochody i strome podjazdy. W centrum bardzo dużo ludzi i odpowiednie do tego ceny. Ostatnie zdjęcia z Joyce’m i D’annunzio.

Napięcie przed podróżą rośnie. Przecież nigdy nie przewoziliśmy rowerów Flixbusem. Wreszcie ruszamy do domu – najpierw do Pragi, potem do Wrocławia. Po 24 godzinach jesteśmy u siebie. Teraz powoli ta trzytygodniowa wyprawa zaczyna się układać w pamięci. Najpierw zapominamy, jak bolały nogi.

Triest
I ostatni rzut oka na zamglone morze. Ostatni widok wyprawy „Rowerem nad Adriatyk”

W trakcie wyprawa „Rowerem nad Adriatyk” korzystaliśmy z następujących przewodników:

  • bikeline Elbe River Trail 1
  • bikeline Moldau-Radweg
  • freytag&berndt Donauradweg
  • bikeline Alpe Adria Radweg
  • aplikacje Komoot i Mapy.cz
  • pliki gpx dla EuroVelo 7 i Alpe Adria

Więcej zdjęć z wyprawy „Rowerem nad Adriatyk” można znaleźć tutaj

Jedna odpowiedź do “Rowerem nad Adriatyk przez pięć krajów”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *