Rowerem wzdłuż Łaby lub powrót do NRD

Sentymentalny powrót do NRD – dla kogo Łaba?

Komu można by polecić przejazd rowerem wzdłuż Łaby? Na pewno nie dla tych, którzy rower traktują jak wyzwanie, okazję do mierzenia się ze swoimi słabościami i przekraczania granic. To wymarzony szlak dla tych szukających wypoczynku, aktywnego, ale jednak bez wielkich życiowych wyzwań, dla tych, którzy kochają rower, ale daleko im do ekstremalnych eskapad. Łaba jest pomysłem na wakacje rodzinne i w gronie przyjaciół, dla ludzi młodych, rozpoczynających swoją przygodę z turystyką rowerową i dla tych w wieku zaawansowanym, którzy szukają rowerowego komfortu. „Elbe radweg” czyli trasa rowerowa wzdłuż Łaby jest doskonałym synonimem niemieckich tras rowerowych, z naszych innych doświadczeń możemy polecić Ren i Mozelę oraz Dunaj. Atrakcyjność trasy potwierdził miesięcznik Rowertour umieszczając naszą relację „rowerem wzdłuż Łaby” w nr 12/2018

Szlak zwany Elberadweg cieszy się opinią jednej z najpopularniejszych dróg rowerowych w Europie. Wiedzie wzdłuż Łaby od Pragi (tu fragment Wełtawą) poprzez Drezno, Magdeburg i Hamburg do Cuxhaven nad Morzem Północnym – ponad 1100 km, z czego w Niemczech 860 km (dokładna długość zależy od przyjętych wariantów trasy). Poprowadzony doliną rzeki, w większości wałami przeciwpowodziowymi, z dala od dróg publicznych, jest jedną z najłagodniejszych i najbardziej komfortowych ścieżek rowerowych w całych Niemczech i śmiało może konkurować z trasą naddunajską. Bezkolizyjnymi ścieżkami, nierzadko szerokimi jak drogi dla samochodów, dotrzeć można do centrum każdego z dużych miast. Na zdecydowanej większości odcinków trasa została poprowadzona po obu stronach rzeki, dając możliwość wyboru wariantów, a połączeniem są liczne promy łączące oba brzegi.

Spotkanie z Łabą

Planując rowerowe wakacje nad Łabą, zdecydowaliśmy się jechać w górę rzeki i wykorzystać wiatr, który zwykle wieje z północnego zachodu. To nauka, jaką wyciągnęliśmy z ubiegłorocznych wakacji we Francji, kiedy to od Morza Śródziemnego do Atlantyku przyszło nam jechać pod wiatr. Tym razem ta prosta strategia sprawdziła się. Nie bez znaczenia była też perspektywa ostatnich dni spędzonych w Szwajcarii Saksońskiej – w miejscach szczególnie atrakcyjnych krajobrazowo i turystycznie.

Z Frankfurtu nad Odrą do Boizenburga nad Łabą dotarliśmy pociągiem. Linie Deutsche Bahn mieliśmy okazję poznać już wcześniej. Cena biletu na przejazd pięciu osób lokalnymi liniami na dowolnej trasie to 50 €. Pociągi kursują często i punktualnie, a przemieszczanie się na peronach jest proste dzięki windom, w których mieści się rower obładowany sakwami. Są w nich miejsca dla rowerów, a wjeżdża się do środka z poziomu peronu, bez konieczności zmagania się ze schodami wagonu. Już po pięciu godzinach mimo dwóch przesiadek jesteśmy pod Hamburgiem i rozpoczynamy naszą wyprawę „Rowerem wzdłuż Łaby”, która przez pierwsze trzy dni ma prowadzić wzdłuż dawnej granicy NRD i NRF ustanowionej właśnie na Łabie.

W Boizenburgu czysto, schludnie i… pusto. To cecha większości małych niemieckich miasteczek. Nie wiem, czy wszyscy Niemcy siedzą w domach, czy może jeżdżą na rowerach. W każdym razie na rowerowym szlaku, do którego docieramy w kilkanaście minut, cyklistów niemało. Jadą w obie strony, pozdrawiając się życzliwie, co jest obyczajem u nas raczej obcym. Trasa poprowadzona po rzecznym wale jest szeroka, wyłożona betonowymi, gładkimi płytami, a jakby było mało – tuż obok, poniżej wału prowadzi druga, asfaltowa.

Typowa niemiecka ścieżka rowerowa. I po wale i poniżej …

Jedziemy wschodnią częścią, mijając od czasu do czasu wieże strażnicze pamiętające czasy NRD. W Dorchau, korzystając z promu, przerzucamy się na drugą stronę rzeki, a tutaj zupełnie inna trasa – lokalne drogi przez wsie, sporo podjazdów  i zjazdów, udało się nam nawet pogubić w piachach. Wreszcie camping w Tießau – nieco zapuszczony i nietani, ale ostatecznie znajdujemy malownicze miejsce na namiot między dwoma stawami, a na ugaszenie pragnienia po dniu jazdy szef proponuje nam czeskie piwo. Oprócz nas nie ma innych rowerzystów, nikt też nie nocuje w namiocie. Na campingach zdecydowanie przeważać będą campery i do końca pozostanie tajemnicą, gdzie sypiają ci, których mijamy po drodze, z sakwami dwa razy większymi od naszych. Liczba namiotów zwiększy się wprawdzie w okolicach Drezna, ale tutaj? Na pewno nie biwakują na dziko, bo choć tereny dają ku temu okazję, to Niemcy raczej z takich rozwiązań nie korzystają. Jeśli nocują pod dachem, to co wożą w sakwach? Obstawialiśmy chrupki kukurydziane.

Kilka razy skorzystaliśmy też z znajdujących się przy rzecznych przystaniach ośrodków sportów wodnych z miejscami na namioty. Niemcy chętnie uprawiają wioślarstwo, pływają kajakami, pontonami i canoe, zresztą Łaba doskonale się do tego nadaje.

Magia niemieckich miasteczek

Zachodnia strona rzeki to tereny dawnego NRF-u. Próbujemy dostrzec ślady podziałów sprzed 30 lat. Wjeżdżamy do Hitzacker. Miasto na wyspie utworzonej przez zakole starorzecza zachwyca architekturą i nastrojem. Wąskie uliczki, piętrowe, nieduże domy z pruskiego muru, kwiaty, trochę ludzi przy kawiarnianych stoliczkach. Jazda po bruku to element tego klimatu.

Uliczka w Hitzacker

Dömitz, Wittenberge, Havelberg, Sandau – swobodnie zmieniamy strony, odwiedzając kolejne miasteczka. Promów jest sporo, a kursują bez przerwy, więc nie traci się czasu na oczekiwanie. Przy szlaku ogródki piwne, bary i kawiarenki pełne rowerzystów. Zaskoczeniem jest dla nas widok kilkuosobowych grup złożonych z kobiet w zaawansowanym wieku. Radośnie rozmawiają, pijąc piwo, a obok nich stoją rowery z zapakowanymi sakwami. I akurat w ich przypadku rzadko zdarzają się rowery z elektrycznym wspomaganiem.

Wieczorem docieramy do Wittenbergi na sympatyczny camping ulokowany nad jeziorkiem. Oferowano nam też miejsce na namiot nad rzeką w pobliżu przystani, ale nieogrodzony teren, gdzie kręciło się sporo ludzi z piwem w ręku, nie dawał poczucia bezpieczeństwa. Następnego dnia po krótkim rowerowym spacerze opuszczamy miasto, więcej obiecując sobie po tej drugiej Wittenberdze związanej z historią Marcina Lutra.

W Havelbergu stromymi uliczkami podjeżdżamy pod XII-wieczną Katedrę Najświętszej Marii Panny usytuowaną na wysokim wzgórzu. Zdumiewa nas jej bryła łącząca elementy romańskie i gotyckie. Fasada przypomina nieproporcjonalnie wielki, nieprzystający do reszty poprzeczny budynek, jakby doklejony do nawy kościoła. Małe drzwi zwieńczone skromnym portalem i niewielkie okna u szczytu ściany nadają katedrze wyraz dość posępny, ale i wyjątkowy.

Katedra w Havelbergu

Podobnych kościołów znajdziemy tu więcej, choć nie będą już miały tych rozmiarów. Niestety, trzeba być przygotowanym na to, że zdecydowana większość jest zamknięta, do wnętrza zajrzeć można tylko w czasie nabożeństw albo o wyznaczonej godzinie.

Do Tangermünde trafiliśmy przez przypadek, szukając kolejnego noclegu, ale miasto zachwyciło nas od pierwszego wejrzenia. Miejsce na namiot znaleźliśmy w przystani niemal w centrum za jedyne 3,5 € od osoby. Wykorzystaliśmy okazję, by cieszyć się wieczorem na uliczkach miasta i sycić widokami. A jest czym, bo Tangermünde pamięta czasy głębokiego średniowiecza, kiedy to było siedzibą Karola IV – króla Czech i cesarza. Zachowało swój gotycki charakter mimo pożaru, który strawił miasto, za co zresztą zapłaciła śmiercią na stosie Greta Münde, rzekoma sprawczyni tego nieszczęścia. Podziwiamy pełniący funkcję hotelu zamek, niezwykły gotycki ratusz, bramę nowomiejską i brukowane uliczki z domami o przepięknie ozdobionych fasadach z dominującym murem pruskim. Niezwykłe wydaje się, że Tangermünde usytuowane 300 km od morza należało do Ligi Hanzeatyckiej, znajdował się w nim port i wielkie magazyny zbożowe. Jeszcze następnego dnia wędrujemy z rowerami po mieście, bo trudno stąd wyjechać.

Widok na nocne Tangermünde z naszego namiotu
Tangermünde – hanzeatyckie miasto kilkaset kilometrów od morza

Przez Magdeburg przejeżdżamy bardzo szybko. Dojazd do samego centrum wiedzie ścieżką rowerową poprowadzoną przez parki nad brzegiem rzeki. Nie musimy się przejmować ruchem ulicznym. Tu jednak kończą się przyjemności – nie lubimy dużych miast. Szerokie arterie, mosty, spore odległości między punktami, które warto zobaczyć. Kiedy okazuje się, że katedra zamknięta, decydujemy się na to, by czym prędzej opuścić Magdeburg. Nocleg znajdujemy na jego peryferiach w kolejnej przystani, a nagrodą za cały dzień jest malowniczy zachód słońca nad Łabą.

Następnego dnia nasilający się od kilku dni upał wydaje się nie do zniesienia. Na rowerze jest dobrze, ale spacery po rozgranych uliczkach miejskich to wątpliwa przyjemność.

I dalej asfaltową ścieżką rowerową

W Prezien podjeżdżamy pod mały kościółek, jeden z sześćdziesięciu punktów na szlaku sakralnych zabytków romańskich, ale na jego otwarcie trzeba by czekać cztery godziny.

Prezien

Za to parę kilometrów za Prezien znajdujemy jeziorka z wodą w kolorze ostrego błękitu. Wstęp na kąpielisko na terenie campingu to tylko 2 €. Jezioro jest niewielkie, ale głębokie, woda czysta i zimna. Miejsce w sam raz na dłuższą przerwę z obiadem.

 Atrakcje środkowej Łaby
Nocleg nad Łabą w Aken

Po noclegu na campingu w Aken ruszamy w stronę Dessau, miasta w 97% zburzonego w czasie wojny przez wojska alianckie. Zbudowano je na nowo, tylko w kościele widać zarysy starych murów. Pozostały też dawne parki, które cieszą swym pięknem i dają wytchnienie od upału.

Każda wolna chwila była przeznaczona na uzupełnianie dziennika podróży

Na koniec leniwego dnia przez Worlitz i Coswig docieramy do Wittenbergi, tej oczekiwanej, miasta Marcina Lutra. Jeszcze raz korzystamy z cichej przystani, z której mamy 20 minut na piechotę do centrum. Baza noclegowa jest tu bardzo bogata – wielu rowerzystów korzysta ze schroniska młodzieżowego, po drugiej stronie rzeki jest też camping.

Nasz nocleg w Wittemberdze

Miasto w 2017 roku obchodziło 500-lecie reformacji. Jest odnowione i gotowe na przyjęcie wielu turystów. W poszczególnych punktach znajdują się tabliczki informacyjne nie tylko po niemiecku, ale i angielsku, które ułatwiają zwiedzanie. Wędrujemy śladami Lutra i Melanchtona, miasto przypomina o obu Cranachach, którzy uczynili je własnym domem. Zwiedzanie kończymy przed południem, wchodząc do kościoła zamkowego, gdzie pięć wieków temu Luter przybił do drzwi swoje tezy. Zastanawiamy się nad fenomenem wydarzenia, które zmieniło historię Kościoła i Europy. W kościele miejskim (Stadkirche), gdzie w 1521 roku odbyło się pierwsze nabożeństwo protestanckie, a niedługo później Luter wziął protestancki ślub z Katarzyną von Bora, podziwiamy liczne dzieła Cranachów, które wtedy, w XVI wieku miały oddać ducha reformacji. I obiecujemy sobie powtórkę z historii, kiedy tylko wrócimy do domu.

Na rynku w Wittemberdze

Celem dnia jest Torgau – kolejne piękne niemieckie miasteczko. Tysiąc lat temu stanowiło słowiańską osadą, a w XVII i XVIII w. związane było, jak wiele poprzednich, z panowaniem Sasów. W znajdującym się tu zamku po raz pierwszy wykonano operę w języku niemieckim. Było też ważnym ośrodkiem reformacji, tutaj zresztą mieszkała i zmarła Katarzyna von Bora, żona Lutra. Spacer po mieście to prawdziwa przyjemność, której nie odmawiamy sobie powtórnie przed południem, po opuszczeniu campingu. Fotografujemy gigantyczny ratusz, fontannę na rynku i białe ulice.

Torgau – zamek
Na rynku w Torgau
Torgau

Jeszcze raz spotykamy poznane na biwaku rodziny na rowerach, które jak my zmierzają w stronę Drezna. Dla nich to 3-4 dniowy wyjazd z dziećmi, wyjątkowo łatwy do zorganizowania. Trzeba tylko wsiąść w Dreźnie do pociągu i wysiąść na wybranej stacji.

W stronę Miśni
W tle wieże katedry w Miśni

Późnym popołudniem dotarliśmy do Miśni (Meißen). Wiedzieliśmy, że jest piękna, ale jej uroda przekroczyła nasze oczekiwania. Kiedy patrzyliśmy na górujące na rzeką wieże kościoła, wiedzieliśmy, że to prawdziwe wyzwanie dla rowerów obładowanych sakwami. I rzeczywiście – uliczki okazały się tak strome, że trudno było pchać rowery po wyślizganym bruku. Radośnie kibicowali nam mijani turyści. Sympatyczny camping znaleźliśmy pięć kilometrów za Miśnią. Za daleko, by wrócić na wieczorny spacer po mieście, ale wystarczająco blisko, by kolejne przedpołudnie poświęcić na zwiedzanie, które wbrew narzuconym rygorom zabrało nam kilka godzin.

Widok na Miśnię ze wzgórza katedralnego

Katedra miśnieńska wydaje się zachwycająca tak wewnątrz, jak i na zewnątrz, a spacer ścieżką wokół murów pozwala podziwiać rozległą panoramę miasta i okolic. Na starówce pełnej turystów czytamy o historii miasta sięgającej X wieku, kiedy znajdowała się tutaj osada słowiańska, i historii porcelany związanej z postacią naszego króla Augusta II Sasa. Próbujemy, jak smakuje fummel, legendarne ciastko, duże, kruche, ale całkowicie puste w środku, które przed wiekami miało być testem trzeźwości dla królewskiego kuriera kursującego między Miśnią i Dreznem. Na pewno warto zwiedzić fabrykę porcelany, mieszczącą się w dużym, nowoczesnym budynku niedaleko centrum.

Miśnia
Uliczka w Miśni

Kontynuując naszą trasę „rowerem wzdłuż Łaby” z żalem opuszczamy Miśnię. Na licznikach rowerów tyle co nic, a przed Dreznem czeka nas jeszcze Radebeul, miasto Karola Maya. Tu mieszkał i tu tworzył legendarne dla naszego pokolenia postacie Winnetou, Old Shatterhanda i Apanachi, choć ponoć nigdy Dzikiego Zachodu nie widział. Próba odnalezienia grobu Maya wyraźnie zaznaczonego na mapie kończy się niepowodzeniem – miejsca nie zna nawet miejscowy pastor spotkany na cmentarzu. Pozostaje pamiątkowy kamień przed muzeum. Niezwykły przedmiot obejrzeć można w kościele w Radebeul – to stół, przy którym zostało podpisane porozumienie kończące wojnę trzydziestoletnią. Wracamy na lewy brzeg i zmierzamy do Drezna. Ścieżka rowerowa prowadzi brzegiem rzeki wprost do centrum.

Drezno

Jest tak późno, że o zwiedzaniu Drezna nie mamy co marzyć. Podziwiamy panoramę starego miasta i nie opuszczając ścieżki rowerowej, spieszymy na camping. Niestety, mamy do niego ponad 10 km. Trafiamy na camping Wostra, spokojny, czysty, dobrze wyposażony, ale do centrum daleko.

W Szwajcarii Saksońskiej (albo Saskiej)

Musimy podjąć decyzje dotyczące ostatnich dni rowerowej wyprawy. Wszystkie prognozy mówią o załamaniu pogody i obfitych opadach. Pozostał jeden dzień bez deszczu. Możemy go poświęcić na zwiedzanie Drezna, albo zgodnie z planem dotrzeć do granicy czeskiej i domknąć trasę. Przydałyby się jeszcze dwa dni, ale biorąc pod uwagę cały wyjazd, na pogodę nie możemy narzekać. Ruszamy na południe.

Za Dreznem krajobraz zmienia się zupełnie. Najpierw to tylko wzgórza, ale potem rzeka wcina się coraz głębiej, a nad jej doliną górują strome skały Szwajcarii Saksońskiej. To z pewnością najpiękniejszy odcinek całej naszej trasy. Tak zapamiętałam te miejsca z czasów młodości, kiedy w NRD miałam okazję spędzać wakacje na obozie OHP. Z sentymentem wracam do starych miejsc. Chłoniemy atmosferę Pirny z jej gwarnym, zabytkowym centrum, pozwalając sobie na leniwą przerwę przy kawie.

Trasa prowadzi lewym brzegiem, a my podziwiamy malownicze formy skalne po drugiej stronie. W okolicy Rathen roztacza się panorama na Most Bastei, miejsce doskonale znane i ponoć najczęściej odwiedzane w całych Niemczech wschodnich.

W tle Most Bastei

I rzeczywiście, wielkie parkingi są zapełnione, a wkoło mnóstwo ludzi. Szacujemy, że na przejście trasy powinniśmy mieć co najmniej 2 godziny. Trudno, tym razem rezygnujemy. Przyjedziemy raz jeszcze – z plecakami, na pieszą wędrówkę po górskich ścieżkach.

Kolejne miejsce obowiązkowe to Königstein, ale teraz tylko rzucamy okiem na camping i jedziemy dalej.

W tle Bad Schandau

Do granicy już bardzo blisko. Dojeżdżamy do Schöny, jeszcze tylko kawałek wzdłuż rzeki do ostatniego promu, którym przeprawiamy się do Hřenska. Czeskie piwo w takich okolicznościach smakuje wybornie. Szkoda, że terminy nie pozwalają na to, by pokonać jeszcze czeski fragment Łaby.

Rowerem wzdłuż Łaby od granicy czeskiej do naszego noclegu w Königstein

Pozostało już tylko pomoczyć nogi w rzece i przez Bad Schandau powrócić na camping w  Königstein. Nad miastem dumnie góruje twierdza.

I może nie łyżka dziegciu, ale ziarnko gorczycy na koniec: Internet za Pirną tak słaby, że kupno biletu kolejowego okazało się niemożliwe. Problem! A wieczorem nie można już znaleźć żadnego miejsca, gdzie byłby dostęp do Wi-Fi. Decyzja wydaje się prosta – rano do Drezna dojedziemy rowerami, kupimy bilet i będziemy mieć czas na zwiedzanie. Dojechaliśmy – ostatnie 20 km w ulewnym deszczu, przemoczeni, przemarznięci, a w pociągu wygodnie i ciepło. Cóż, Drezno poczeka. Podobnie jak Most Bastei, Twierdza Königstein, Strehla i koniecznie miśnieńska fabryka porcelany. I tak skończyła się nasza wyprawa „Rowerem wzdłuż Łaby” – na dworcu DB w Dreźnie.

Mapka trasy

W pigułce:

  • Trasa: Boizenburg – Tießau – Dömitz –Wittenberge – Havelberg – Sandau -Tangermünde – Magdeburg – Aken – Wittenberg Lutherstadt – Torgau – Meißen – Dresden – Pirna – Königstein – Schöna – Hrensko [i powrót: Bad Schandau – Königstein – Dresden],
  • dystans – 805 km,
  • czas – 10 dni,
  • rowery trekkingowe z tylnymi sakwami,
  • noclegi – w namiocie na campingach (od 2,5 € do 11 € za osobę), zdecydowanie taniej na przystaniach jachtowych,
  • promy – 1,5 € (większość) do 2,5 € od osoby,
  • wyżywienie – zakupy w marketach w cenach nieco wyższych od polskich; tanie obiady (sznycel, wurst) ok. 5 €, gotowanie w warunkach polowych,
  • przejazdy pociągami Deutsche Bahn w doskonałych warunkach z Frankfurtu nad Odrą do Boizenburga i z Drezna do Frankfurtu, 50 – 52 € (promocyjna cena biletu na linie lokalne dla pięciu osób) + 11 € (koszt przewozu dwóch rowerów), 3-4 godz. w jedną stronę.
  • mapy –Elbe River Trail (Part 1: From Prague to Magdeburg, Part 2: From Magdeburg to Cuxhaven) 1:75000, wyd. bikeline (wersja w języku angielskim, ale łatwiej o podobne szlakówki po niemiecku); historyczna mapa NRD i NRF z roku 1976 (!).

Więcej zdjęć z trasy „Rowerem wzdłuż Łaby” jest tutaj