Szlak Kajki i Pisa – mazurskie kajakowanie

Jeśli wziąć pod uwagę, jak bardzo popularna stała się turystyka kajakowa, a przy tym jak zatłoczone ponad wszelką miarę są najbardziej znane szlaki Mazur i Suwalszczyzny, zwłaszcza Krutynia i Czarna Hańcza, to doświadczyliśmy rzeczy niemożliwej. Szlaki w samym sercu Mazur, w szczycie wakacyjnego sezonu … i nikogo! Osiem dni pływania – szlak Kajki i Pisa! Trasa bez wątpienia warta polecenia i godna uwagi. Jest nas 16 osób i pies – dwie kanadyjki i sześć kajaków – cztery dwójki i dwie jedynki. Stara ekipa, w której każdy dobrze wie, co zabrać i czego po sobie oczekiwać. Tylko pies nowy.

Punktem startu jest Ogródek nad Jeziorem Kaleńskim (tuż za jez. Kraksztyn). Spływ można by zacząć wyżej, nad jez. Zdedy, albo od jez. Druglin, ale niski poziom wody podpowiada, by nie przedzierać się przez płycizny i zacząć tam, gdzie po prostu da się płynąć. Spotykamy się w piątkowy wieczór na prywatnej działce zaprzyjaźnionego leśnika, który zapytany o biwak odpowiedział: „A gdzie wam będzie lepiej, jak nie u mnie w Ogródku”. Zjeżdżamy się wcześniej, nie tyle by ustalić strategię spływu, co raczej by wspólnie obejrzeć zaćmienie Księżyca, to wyjątkowe, najdłuższe od stu lat. Szkoda tylko, że chmury nie pozwalają na to, by cieszyć się nim w pełni.

***

Szuwary na kanale między jeziorami Kaleńskim i Orzysz
Ogródek – jez. Orzysz, 12 km.

W sobotę rano ściągamy z Krutynia kajaki i jak zawsze przy pierwszym pakowaniu nie możemy uwierzyć, że te dziesiątki słoików z domowymi przysmakami uda się wepchnąć pod dawno już pełne burty. No nie! Wielki słój kiszonych ogórków z patisonami wejdzie gdzieś między nogi. Gitara też musi się zmieścić, choćby ją trzeba było trzymać w rękach zamiast wiosła. I jeszcze pies. Zanim jednak sami spróbujemy się wpasować między wciskane na siłę pakunki, wędrujemy do pobliskiego Muzeum Michała Kajki, mazurskiego poety z przełomu XIX i XX, walczącego o prawo do polskiego języka i wiary. Przewodnik opowiada nam przede wszystkim o bardzo niejednoznacznym rozumieniu tożsamości mieszkańców Mazur, którzy w 1920 roku w plebiscycie decydującym o przynależności państwowej opowiedzieli się za włączeniem do III Rzeszy. Opowieść daleka od znanych nam podręcznikowych schematów wciąga i intryguje. Do tych wypadków sprzed stu lat trzeba będzie sięgnąć po powrocie do domu.

Szuwary na kanale między jeziorami Kaleńskim i Orzysz
Przy malowniczym pomoście na jeziorze Orzysz

Wypływamy. Zaraz za jeziorem rozpoczyna się kanał gęsto zarośnięty trzciną. Chwilami wygląda to tak, jakbyśmy brodzili po łące. Przedzieramy się przez szuwary, które stopniowo się przerzedzają, a szlak zmienia się w regularną i malowniczą rzeczkę. Dopływamy do jez. Orzysz, by rozglądać się za miejscem na nocleg. Miała to być Wyspa Róż, ostatecznie jednak trafiamy na rozległy biwak naprzeciw niej, po zachodniej stronie jeziora. Szkoda tylko, że wśród wielu camperów i namiotów nie da się rozpalić ogniska.

***

jez. Orzysz – jez. Śniardwy (Okartowo), 18 km

Upał daje się nam we znaki od samego rana i tak już będzie niemal codziennie.  Jeśli trzymać się zasady, że łatwiej się schłodzić i zmoczyć, niż ugrzać i wysuszyć, to powinniśmy się cieszyć. Orzysz nie wita nas gościnnie. Trudno o wygodne wyjście z wody. Obok kąpieliska zrobić tego nie można, bo to „nie jest miejsce dla kajakarzy”. Przewodniki mówią, by wysiadać przy Muzeum Militarnym, ale chyba lepszy okazuje się slip na kanale Orzyszy, przy wypływie z Jeziora Wierzbińskiego. Plany sentymentalnego spaceru po mieście (oj, działo się tu niemało prawie 40 lat temu!) weryfikuje temperatura przekraczająca 30 stopni. W kajaku jest zdecydowanie chłodniej. Pierwsze kilometry rzeki Orzyszy to znów przedzieranie się przez gęste zielsko – rdestnice, grążele, jeżogłówki i strzałki wodne, ale za wsią Grzegorze robi się luźniej i nad wyraz malowniczo. Rzeka o umiarkowanym nurcie płynie przez las, żadnych przeszkód czy mielizn. I tak do jez. Tyrkło, a stąd na Śniardwy. Tu natychmiast pojawiają się skutery wodne i to z nimi, a nie z malowniczymi żaglówkami będą się nam kojarzyć Wielkie Jeziora Mazurskie.

I wynurzyła się nie wiadomo skąd

Miejsce na nocleg znajdujemy niedaleko za Okartowem, po wschodniej stronie – to biwak „Pod Sosnami”. Wprawdzie od brzegu, gdzie zostawiamy kajaki, na pole namiotowe jest blisko 200 m, a kilka kursów z bagażami to wątpliwa przyjemność, ale kiedy siedzimy już spokojnie pod wiatą, a wokół szaleje burza, cieszymy się z rozsądnie podjętej decyzji. Kto pełen fantazji, ten próbuje wykorzystać ulewę, by zażyć kąpieli pod niebem. Reszta pozostaje pod wiatą, a tu stół i miejsce na ciepły posiłek. Na polu namiotowym są też prysznice i toalety. Ci, co pływają kajakami, dobrze wiedzą, że takie warunki nie zdarzają się co dzień. Dzieci oglądają bajki w świetlicy, a część z nas okopuje namioty miską dla psa. Pewnie żeby się saperka „nie wytracała”. Tylko ogniska znowu nie ma.

***

Wygląda to tak, jakby w ogóle nie wiało
Okartowo – Seksty („Zatoka Kapitana Janusza”) – 18 km.

Od rana woda jak stół, ani odrobiny wiatru, więc żaglówek nie ma, a skutery pojawią się nieco później. Przy biwaku „Pod Sosnami” jezioro jest tak płytkie, że trudno pływać, ale można się schłodzić podczas pakowania. Pierwotny plan zakładał, że przez jez. Białoławki i Kocioł przedostaniemy się na jez. Roś, ale przy tak niskim poziomie wody nasze obciążone kajaki mogłyby mieć tu niemały problem. Wybieramy więc wariant przez Seksty.

Zatrzymujemy się w Nowych Gutach, ale spotyka nas rozczarowanie – nie ma sklepu, a trzeba uzupełnić zapasy chleba. Jest za to bar, który oferuje rozgotowane pierogi i byle jakie gofry. Te „ruskie z Gutów” będą motywem przewodnim naszych anegdot do końca spływu. Omijamy Szeroki Ostrów, płynąc dość daleko od brzegu. Wiatr nie jest zbyt silny, ale i tak tworzy się już całkiem konkretna boczna fala. W pobliżu półwyspu zatrzymujemy się na kąpiel. Z wody wyciągamy kawałki butelki, która straszy ostrymi krawędziami zwróconymi ku górze. Takie butelki to koszmar naszych kąpielisk w jeziorach i rzekach. Staramy się o tym pamiętać i zawsze do wody wchodzimy w butach. Tym razem mamy wrażenie, że i one nie stanowią pewnego zabezpieczenia, zwłaszcza podczas zabaw, kiedy gromadnie skaczemy w wodzie, ciesząc się beztrosko.

W Zatoce Kapitana Janusza

Miejsce na namioty znajdujemy na Sekstach jeszcze przed Zdorami. Prowadzi nas do brzegu długi, rozklekotany pomost, za nim niespodzianka – urokliwe miejsce z tabliczką „Zatoka Kapitana Janusza”. Niedaleko stąd odnajdujemy pozostałości obozu harcerskiego, m.in. pięć nieczynnych toi toiów, nie wiadomo czemu pozostawionych w środku lasu. W Zatoce Kapitana Janusza cieszymy się pierwszym wieczorem przy maleńkim ognisku tuż przy brzegu jeziora, podziwiamy rozgwieżdżone niebo i wschodzący księżyc.

W Zatoce Kapitana Janusza

***

Seksty – jez. Roś, 12 km.

Opuszczamy Zatokę Kapitana Janusza, kierując się w stronę Zdor, a tam wyjątkowo sympatyczny bar o swojskiej nazwie „Remiza”. Remizy w niczym nie przypomina – w świetnie urządzonym i dobrze klimatyzowanym miejscu można zjeść zupę kurkową i bakłażany w cieście piwnym. Szkoda tylko, że jest tak wcześnie.

Śluza Karwik
Na Kanałe Jeglińskim – też pięknie, ale strasznie prosto

Przez śluzę Karwik wpływamy na Kanał Jegliński. Kanał powstał w XIX wieku do spławiania drewna i transportowania ryb, obecnie służy wyłącznie celom turystycznym. Razem z nami przeprawia się kilka jachtów, których załogi z niepokojem patrzą na nas, obawiając się zadrapań na lakierze wypolerowanych łodzi. Dopiero po dłuższej rozmowie jeden z mężczyzn przyznaje się, że kiedyś też pływał kajakiem. Na pięciokilometrowym kanale prostym jak strzelił upał dokucza jeszcze bardziej. Wreszcie wpływamy na jezioro Roś i natychmiast wykorzystujemy znajdujące się przy wypływie kąpielisko. Deklarujemy, że będziemy tu krótko, dlatego nie musimy płacić za „parkowanie”. Niestety, w znacznej części zorganizowanych miejsc na Mazurach kajakarze muszą płacić za przybicie do brzegu. Z jez. Roś na Pisę już rzut beretem, ale postanawiamy jeszcze jedną noc pozostać na jeziorze, zwłaszcza że mamy jeszcze rezerwę czasową. Znajdujemy niewielką zatoczkę po przeciwnej stronie niedaleko miejscowości Łupki. Kiedyś miał tu podobno powstać port jachtowy, ale budowę przerwano. Pozostały zarośnięte wykopy i wbite w wodę szeregi drewnianych pali. Na łące niestety mnóstwo śmieci. Wyciągamy worki i próbujemy zebrać przynajmniej część z nich. Śmiecą turyści i miejscowi wędkarze, ale do kogo powinien należeć obowiązek utrzymania porządku w takich dzikich miejscach? My sami problemu nie rozwiążemy. Możemy tylko zawsze z każdego naszego biwaku zabrać śmieci ze sobą, by wyrzucić je w przeznaczonym do tego miejscu.

A przy ognisku siedzimy z gitarą i gapimy się w gwiazdy. Może i banalnie, ale jak pięknie.

Na biwaku nad jeziorem Roś
Na biwaku nad jeziorem Roś

***

Jez. Roś – Pisa, 18 km; szlak Kajki i Pisa – drugi etap

Ostatecznie rozstajemy się z jeziorami. Wpływamy na Pisę, która ma nas stąd doprowadzić do Narwi i leżącego nad nią Nowogrodu. Jej całkowita długość to 87 km. Zanim jednak zdążymy się rozpędzić, czeka nas przystanek w Piszu. Tutaj brzegi rzeki są wybetonowane. Zatrzymujemy się w miejskim parku i pokonując wysokie murowane nabrzeże, wybieramy się na spacer po mieście. Podziwiamy słoneczny rynek, ale największą popularnością cieszy się ustawiona w centrum kurtyna wodna. Ostatecznie rozsiadamy się w firmowej kawiarence „Grycan” i raczymy mrożoną kawą z ogromną ilością bitej śmietany i migdałów. W parku siedzimy obok pomnika Melchiora Wańkowicza, który przed laty również płynął Pisą. Tutaj mają swój początek rejsy statkiem „Smętek”, którego nazwa wzięła się od tytułu jego książki. W porcie w Piszu cumują jachty motorowe, ale żaglówek niewiele.

Pisz – będzie obiad
Rozkosze podniebienia

Wypływając z miasta, mijamy fabrykę sklejki i dla odmiany robimy sobie zdjęcia z industrialnym tłem. Rzeka malowniczo meandruje przez las. Raz przebija się przez pokłady torfu, w innym miejscu błyszczy jasnym piaskiem.  Wysokie brzegi są świadectwem działań rzeki, która nigdy nie była w pełni uregulowana. Mijamy kolejne meandry i odcinki starorzecza, ścinane przez główny nurt. Właśnie dlatego kilometraże na różnych szlakówkach różnią się – wszystko zależy od wybranego wariantu spływu. Kilkanaście kilometrów za Piszem to bez wątpienia najładniejszy odcinek rzeki. Korzystamy z ciepłej i czystej wody, ciesząc się kąpielą co kilka kilometrów. Pisa jest tu wystarczająco szeroka, by zrobić tratwę i odłożyć wiosła. Część z nas płynie obok kajaków, niektórzy bawią się w burłaczenie. Pozwalamy sobie na eksplozję wakacyjnej beztroski.

Leśne odcinki Pisy okazały się nad wyraz urokliwe. I nikogo, nawet wędkarzy
Tratwujemy; tak też może wyglądać szlak Kajki i Pisa
No i czego…

Miejsce biwaku okazuje się dziś wyjątkowe. Jest nim centralny punkt Lasu Ochronnego „Szast” (brak opisu w informatorach kajakowych). Wyjście z rzeki nie jest zbyt wygodne, za to cała reszta naprawdę zachwyca. „Szast” to fragment lasu, który w 2002 roku został całkowicie zniszczony przez potężny huragan. Leśnicy pozostawili go w stanie naturalnym, bez uprzątania, po to by pokazać, jak wygląda samoistny proces odradzania się lasu. Na polanie, która posłużyła nam jako pole namiotowe, a pełni też funkcję parkingu (dla samochodów nadleśnictwa), stoi wysoka na 12 metrów drewniana wieża. Obok znajduje się wysoki podest, który pozwala z góry obserwować las. Wchodzący w skład naszej ekipy leśnik barwnie objaśnia dokonujące się w tym miejscu procesy odbudowy lasu, który radzi sobie sam, bez ingerencji człowieka A nad ranem w krzakach obok namiotów możemy zobaczyć kolorowe dzierzby.

***

Chłód wody i słodycz ust. Zostajemy!
Las Ochronny „Szast” – pastwisko przed Ptakami, 29 km

Jeszcze parę kilometrów przez las przy żwawym nurcie. Wkrótce jednak krajobraz się zmienia, rzeka meandruje przez łąki i pastwiska, a na nas ze spokojem, wielkimi oczami bez śladu zdziwienia patrzą krowy. To niestety odcinek dość monotonny i usypiający. Wypatrujemy zimorodków, których akurat tutaj jest całkiem sporo.  Na piaszczystym dnie widać duże ryby – bolenie i klenie, ale podobno są też szczupaki. Wędkarzy tu niewielu, a miejscowi podkreślają, ze jeszcze kilka lat temu ryb było zdecydowanie więcej, choć trudno jednoznacznie powiedzieć, czemu ich ilość się zmniejsza.

Kajakarzy też nie ma. Widać, że szlak nie cieszy się popularnością, co nas trochę dziwi, ale i nie martwi, bo za grupami hałaśliwych turystów raczej nie przepadamy. To nasz szósty dzień kajakowania, a właśnie dopiero dziś spotykamy po raz pierwszy dwa nieduże spływy kajakowe.

Wypatrujemy miejsca dogodnego do biwakowania. Na zorganizowane pole namiotowe nie ma co liczyć, musimy więc zadowolić się kawałkiem łąki, byleby dało się w miarę wygodnie wyciągnąć kajaki, a na brzegu nie było za dużo krów. Wreszcie – zakole rzeki, płaski brzeg, równa trawa bez krowich placków. Gospodarze nie mają nic przeciwko obozowaniu i nie chcą żadnych pieniędzy, uprzedzają tylko, że stado krów jest i że to zwierzęta bardzo ciekawskie. Ujęci życzliwością, rozbijamy namioty, nie słuchając przestróg. Zaczynamy gotować wieczorną strawę. I wtedy przychodzą krowy. A jest ich kilkadziesiąt.

Zainteresowanie okazywane w sposób tak bezpośredni bywa czasami nieco kłopotliwe

***

Pastwisko – Zagroda Kurpiowska, 8 km

Krowy zaspokoiły ciekawość i noc spędziły z dala od obozowiska, a i rano nie próbowały nas niepokoić. Przed wypłynięciem z entuzjazmem oddajemy się kąpieli w rzece, czyli uprawiamy „pising”. Emocje podkręca zgubiony w wodzie zegarek, a jeszcze bardziej jego cudowne odnalezienie. Wkrótce po wypłynięciu zatrzymujemy się przy moście w Ptakach. Uzupełniamy zapasy w pobliskim sklepie. Chyba nigdy dotąd nie zjadłam takiej ilości lodów w ciągu jednego tygodnia, ale usprawiedliwieniem jest upał.

Rozmyślania o sprawach tego świata…
Jeszcze raz o sierżancie

Płyniemy. Trzciny, łachy piasku, krowy… Beztroskie kajakowanie zakłóca jednak nadciągająca burza. Wypatrujemy czegokolwiek, gdzie można by się schronić. I jak na zawołanie na wysokości Samuli i Cieciorów pojawia się „Zagroda Kurpiowska”. Jest dogodne wyjście na brzeg, przystrzyżona trawa, wiata z ławkami i dziesięcioma wyjściami do ładowania telefonów, cywilizowana toaleta i miejsce na namioty między drzewami. Jest też numer telefonu do właściciela, jak się okazuje – człowieka nad wyraz sympatycznego, życzliwego i otwartego. Odzywają się jeszcze głosy rozsądku – jest godzina 13.00, przepłynęliśmy zaledwie 7 kilometrów, do Nowogrodu daleko, a następnego dnia trzeba oddać kajaki. No, ale burza, miejsce piękne, jakoś damy radę. I sedes! I prysznic! Wreszcie pomysł – można przecież zostać na dwa dni, rano nie zwijać namiotów i bez bagaży płynąć do Narwi, a po zdaniu kajaków samochodami wrócić tutaj. Chyba nigdy tak szybko nie rozbijaliśmy namiotów. Byleby nasz komandor się nie rozmyślił. Burza też przeszła bokiem.

Trzeciej drogi nie ma.

A potem część ekipy wyrusza na wycieczkę pieszą do Ptaków, Pupek i Samuli, żeby przypomnieć sobie, do czego służą nogi. Jest czas na czytanie i gotowanie. I wreszcie naprawdę cudowne ognisko, i gwiaździste niebo, i meteoryt, który spadał tak długo, że leciał i leciał… I wspominki z całego tygodnia, i spanie pod gołym niebem…

***

I na co te wieści ze świata?
Zagroda Kurpiowska – Nowogród, 33 km

Ostatni dzień w kajakach. Bez bagażu, bez pakowania, bez spinania się. Czujemy już atmosferę końca. Jeszcze ostatnie kąpiele. Mijamy kajakarzy, którzy wskutek wywrotki stracili spodenki, a w nich portfel z dokumentami i telefon. Jak wywrócić kajak na tak łagodnej rzece? Kiedy patrzymy na ich „styl pływania” z siedzeniem w poprzek kajaka z nogami w wodzie, zgodnie stwierdzamy, że nawet na Pisie jest to możliwe. Ciekawe, czy będą coś pamiętać, kiedy wytrzeźwieją. Mijamy Jurki, w których część ekipy spędzała wakacje trzydzieści lat temu, zdobywając swoje pierwsze kajakowe doświadczenia. W ich wspomnieniach utrwalił się obraz jachtów przepływających Pisą na Mazury. Dziś nie mijaliśmy ani jednego, na Pisie pojawiły się trzy skutery.

Mamba pływała kajakiem z zadziwiającą godnością …i ani raz nie tknęła wiosła
Wreszcie upragniona przez Gonię chwila w jedynce

Jeszcze na początku lat 90’ Pisa stanowiła część szlaku wodnego, łączącego Zalew Zegrzyński z Wielkimi Jeziorami Mazurskimi. Szlak wodny z Warszawy liczył blisko 250 km. Minister gospodarki wodnej i żeglugi obiecuje jego zagospodarowanie, zwraca uwagę na turystyczne walory szlaku, mówi o konieczności udrożnienia Narwi i Pisy. Obecnie na pewno mogą tu pływać kajakarze, ale i dla nich przydałaby się rozbudowana infrastruktura w postaci zorganizowanych miejsc biwakowych. Jako przykład może służyć „Zagroda Kurpiowska”, do której wróciliśmy po dniu pływania, by cieszyć się ostatnim wieczorem na Pisą.

W Zagrodzie Kurpiowskiej
Już bez kajaków i wioseł. Odwrót!
Mapka spływu

Spływ w pigułce:

Termin: 28 lipca – 5 sierpnia 2018r., 8 dni pływania;

Sprzęt i transport: kajaki i kanadyjki wypożyczone w firmie AS-TOUR w Krutyniu;

Kilometraż: 148 km;

Stopień trudności: rzeka bardzo łatwa do spływania, bez przeszkód, zwalonych drzew, progów; Noclegi: w namiotach na polach zorganizowanych i „na dziko”;

Zaopatrzenie: wyżywienie organizowane we własnym zakresie, gotowanie w warunkach polowych;

Źródła informacji o szlaku:

strony internetowe: