Pierwszomajowe Karkonosze w Czechach; Szpindlerowy Młyn

Podobno mózg najlepiej reaguje na kolor zielony – emocje słabną, umysł łagodnieje, poziom przyjemności zwyżkuje. Tym razem potrzeba zielonego była chyba silniejsza niż kiedykolwiek – wielu wśród nas nauczycieli, więc trzeba było wystudzić postrajkowe frustracje i nabrać dystansu do ostatnich doświadczeń.  Szpindlerowy Młyn doskonale się na majówkę nadaje – rodaków szukających odpoczynku jest tu sporo, ale ilość turystów równoważą Niemcy i Czesi. Zdecydowanie łatwiej tu o restaurację niż zwyczajny sklep spożywczy. Wyraźnie widać, że w Szpindlerowym Młynie króluje narciarstwo zjazdowe, ale miejsce jest gościnne przez cały rok dla tych, którzy szukają innych górskich przyjemności.  Więc na długi weekend w tym roku mamy pierwszomajowe Karkonosze, tym razem w Czechach.

Motyw z Karkonoszy, który rozpozna chyba każdy

Dzień pierwszy poświęciliśmy na dojazd i turystykę samochodową. Pomysł, by zajrzeć do Kościoła Pokoju, zainteresował wszystkich, okazało się jednak, że cześć ekipy była już w Świdnicy, inni wcześniej widzieli Jawor. Tak więc ruszyliśmy w dwie strony – dwa samochody, dwie ekipy, dwa cele…  

Ewangelicka świątynia w Świdnicy to największy tego typu kościół w Europie. Podziwiając niezwykłą budowlę i jej bogato zdobione wnętrze, rozważaliśmy historię wyznań po wojnie trzydziestoletniej i reformacji w ogóle. Ponieważ w Świdnicy byliśmy po raz pierwszy, spacer po mieście był okazją, by podzielić się ciekawostkami o mieście i obejrzeć największą na Dolnym Śląsku gotycką katedrę pod wezwaniem św. Stanisława i św. Wacława – potężną, imponującą, o nieregularnej bryle. A w ratuszu kawiarenka o ujmującej nazwie Ambasada EscoBar.  

Kościół zbudowano bez użycia gwoździ

W Szpindlerowym Młynie czekały na nas domki w autocampie na Łabą, a że z Łabą po ostatnich rowerowych wakacjach czujemy się wyraźnie związani, to cieszyliśmy się, że będziemy u jej źródeł i wyobrażaliśmy ją sobie jako bystry strumień, a nie pokaźną rzekę, którą się okazała.  

*** 

Wędrówkę po Karkonoszach ułatwia nam… autobus, który kursuje między Szpindlowym Młynem a Przełęczą Karkonoską. Wjeżdżamy na prawie 1200 m. i czerwonym szlakiem ruszamy w kierunku na Śnieżne Kotły. Pogoda piękna, rozległe widoki, szlak malowniczy i oczywiście tłumy ludzi wędrujących jak po promenadzie. Witek jak zwykle robi nam wykład o genezie i budowie geologicznej Karkonoszy. Za Łabskim Szczytem odbijamy na południe – zbocze pokryte jest grubą warstwą śniegu, pod którym ukryte są źródła Łaby. Docieramy do Labskiej boudy, licząc na chłodne czeskie piwo i tu wielkie rozczarowanie. Hotel jest architektonicznym potworkiem, ale już tu przecież kiedyś byliśmy; bardziej boli to, że jest zamknięty. Rekompensatą są jednak widoki – niebieski szlak wiedzie dnem doliny, którą z gór spływa Łaba. I jest to jedna z najpiękniejszych dolin karkonoskich.  

Helena z Kaczorem
Na głównej grani Karkonoszy
W dolinie Łaby
I mała nagroda…

*** 

Drugiego dnia pogoda jest wyraźnie gorsza – zrobiło się zimno, chmury przysłaniają granie, ma padać. Jeszcze raz dojeżdżamy do Przełęczy Karkonoskiej, by ruszyć w przeciwną stronę, czerwonym szlakiem w kierunku Śnieżki. W gęstej mgle niewiele widać, łudzimy się więc, że ludzi jest zdecydowanie mniej, kiedy jednak chmury się podnoszą, okazuje się, że jesteśmy częścią gęstego tłumu wędrującego tym samym szlakiem.

W stronę Śnieżki

W Śląskim Domu tłok, a na wejściu na Śnieżkę przesuwający się powoli wąż ludzi. Krótką chwilę spędzamy na szczycie. Podczas zejścia na Drodze Jubileuszowej spotykamy gościa, który truchtem wbiega na szczyt, żonglując maczugami. Spod Śnieżki odbijamy granicznym szlakiem niebieskim na zachód i wreszcie na ścieżce jest po prostu pusto. Po drodze Lucna bouda z pysznym warzonym na miejscu piwem – uwaga, lepiej nie wyjmować własnych drobnych przekąsek, to nie bufet w schronisku, tylko restauracja, o czym dość zdecydowanie przypomniał nam kelner. A potem czeka nas długie zejście ośnieżonym zboczem w Dolinie Białej Łaby. I znów jest pięknie.  

Wejście na Śnieżkę
Dolina Białej Łaby

*** 

Po raz trzeci na Przełęcz Karkonoską już nie jedziemy, za to przechodzimy na południową część Szpindlerowego Młyna i stąd niebieskim szlakiem wiodącym długim trawersem po stromym zboczu przecinamy trasy narciarskie i docieramy do chaty na Klinovce. Zupa grzybowa z zieleniną jest tam dziwna, ale knedle z pieczonym mięsem wyśmienite. Według wszelkich dostępnych prognoz ma padać i rzeczywiście zaczyna sypać śnieg. Na górze zresztą aura jak w środku zimy – idziemy głębokim tunelem w stronę na Vyrovkę (szlak czerwony), a ściany śniegu sięgają miejscami półtora metra. Zielonym szlakiem dość stromym i w głębokim śniegu wzdłuż potoku Świętego Piotra schodzimy do Szpindlerowego Młyna, niestety ostatnią godzinę w intensywnym i bardzo zimnym deszczu. Nic to – przecież od dawna wiedzieliśmy, że pogoda na majówkę ma być fatalna, więc deszcz na ostatnim zejściu w perspektywie ciepłych domków na autocampie nie robi na nas wrażenia. I tylko jeden problem – o godzinie 16 w sobotę chleba kupić już w zasadzie nie można. Jak mówi Gomółek: łatwiej byłoby kupić rower niż pieczywo.

Do Szpindlerowego Młyna w ulewnym deszczu

A od rana zima także na dole

***  

Polecamy czeskie Karkonosze – jest ich przede wszystkim więcej niż po naszej stronie, za to turystów, nie licząc szlaków granicznych, zdecydowanie mniej, co podczas wyjazdu majowego ma decydujące znaczenie. 

Więcej zdjęć z wyjazdu tutaj