Rowerem przez Francję od morza do morza

   O ile wyjaśnianie powodów, dla których warto przejechać rowerem przez Francję, wydaje mi się zbyt oczywiste, to już wybór konkretnego wariantu trasy przy nieograniczonych możliwościach, jakie podsuwa ten kraj, wcale taki jednoznaczny i oczywisty nie jest. Kilka lat temu penetrowaliśmy Burgundię i dolinę Loary . Już wówczas przekonaliśmy się, że Francja to mnóstwo pomysłów, a każda odsłona może przedstawiać zupełnie inny jej obraz. 

Plan, by przemierzyć Francję od Morza Śródziemnego do Atlantyku, krystalizował się powoli, a wariant ekstremalny zakładał nawet próbę zmierzenia się z podjazdem na Mont Ventoux osławionym przez Tour de France, ostatecznie jednak zwyciężyła zupełnie inna koncepcja – wyjazdu rekreacyjnego, dalekiego od ekstremalnych wyczynów. O kształcie całości zadecydowały względy „nierowerowe” – okazja, by odwiedzić przyjaciół w Bordeaux, a korzystając z ich gościnności, właśnie tam pozostawić samochód. Szukając pomysłu na tę część Francji, nasz trzyosobowy team postanowił spenetrować szlak rowerowy wiodący wzdłuż dwóch kanałów, to Canal du Midi oraz Canal Latéral à la Garonne (Kanał Południowy i Kanał Garonny), stanowiące starą drogę wodną łączącą Morze Śródziemne z Zatoką Biskajską. Trasa prowadzona wzdłuż kanału dawała nam pewność, że będzie ona łagodna, bez większych podjazdów, a przy tym całkowicie bezkolizyjna, wyłączona w ruchu samochodowego, otoczona winnicami i prowadząca przez małe francuskie miasteczka,  prowincjonalne i urokliwe. Miesięcznik „Rowertour” umieścił relację z naszej wyprawy „Rowerem przez Francję od morza do morza” w nr 3/2018.

   Czasowe ograniczenia nie pozwalały na to, by zrobić pętlę, dlatego nasz plan zakładał przejazd koleją nad Morze Śródziemne i powrót do Bordeaux. Ze względów logistycznych wybraliśmy taki kierunek, choć w zasadzie wszyscy napotkani rowerzyści pokonywali tę trasę w kierunku odwrotnym, co wydaje się korzystniejsze ze względu na dominację wiatrów zachodnich. Więc zaczynamy trasę rowerem przez Francję od morza do morza.

Startujemy przed dworcem kolejowym w Narbonie

   Pociągom we Francji daleko do rozwiązań niemieckich. Pomijając nawet koszty (system biletów weekendowych pozwalających pięciu osobom przejechać całe Niemcy za 40€), kolej we Francji nie jest przyjazna dla rowerzystów: brakuje wind pozwalających szybko i sprawnie przemieszczać się z bagażem na peron, w pociągach miejsc dla rowerów jest niewiele, a dźwiganie ich z sakwami po wąskich, stromych stopniach wagonu to prawdziwa udręka. Cóż, pociąg to dla nas i tak najlepsze rozwiązanie. Droga z Bordeaux do Narbony z przesiadką w Tuluzie to niespełna 5 godzin. Wreszcie możemy rozpocząć rowerową wyprawę.

Na dobry początek (30 km)

   Narbona wita nas piękną, słoneczną pogodą. Jest tak, jak sobie wymarzyliśmy – stare miasto, wąskie uliczki, piękne domy z poobtłukiwaną glazurą tynków, uliczne kawiarenki… W centrum znajduje się zachwycająca katedra Saint-Just-et-Saint-Pasteur (św. Justyniana), przykład gotyku, dla którego znajduję tylko jedno określenie: „rozszalały”. Ze zdumieniem patrzymy na bogactwo konstrukcji, na ilość fantazyjnych przypór, wieżyczek i sterczyn, na otwarte szeroko paszcze gargulców… Powraca wspomnienie „Wieży” Goldinga – gotycka katedra to naprawdę dzieło na wpół szaleńca, na wpół wizjonera.

Katedra św. Justusa i św. Pastora w Narbonie
Katedra św. Justusa i św. Pastora w Narbonie

Jeszcze tylko lampka wina na dobry początek i kierujemy się w stronę morza, przy czym błądzimy wielokrotnie, bo chociaż jakieś ścieżki rowerowe tu są, to brak im jakichkolwiek oznaczeń i niekoniecznie wyznaczają naszą trasę. W ogłuszającym szumie cykad jedziemy wzdłuż Canal de la Robine w stronę Narbonne-Plage, letniskowej miejscowości nad Morzem Śródziemnym, gdzie na kempingu możemy wreszcie rozbić namioty. Nad morze, od którego tak naprawdę miała się rozpocząć nasza wyprawa i od którego dzieli nas kilkusetmetrowy piaszczysty pas, dotrzemy dopiero następnego dnia rano.

Wzdłuż kanału de la Robine na Morze Śródziemne
Po ścieżkach „dla koni” (185 km)
Symboliczny punkt startu na trasie „od morza do morza”

   Morze Śródziemne wita nas pustą plażą i zimną woda. Jest chłodno i wieje wiatr, a przecież obiecaliśmy sobie plażowanie. Do temperatury wody można się szybko przyzwyczaić, ale leniuchowanie na plaży jakoś nie pociąga. Mimo wszystko postanawiamy jeszcze trochę pokrążyć po rejonie nadmorskim, a że ścieżki wzdłuż wybrzeża nie ma, to wielkim łukiem przez Fleury  kierujemy się na Valras-Plage. Ścieżkę rowerową gubimy wielokrotnie, kluczymy po drogach między winnicami, z rzadka trafiamy na jakieś oznaczenia, a GPS uparcie wyrzuca nas na drogi samochodowe. Po leniwym dniu wędrujemy pełnymi ludzi uliczkami Valras-Plage, siedzimy na kamienistym molo, ciesząc się pejzażem morza i smakiem lokalnego wina. Na licznikach kilometrów tyle, że wstyd się przyznać.

Nad Morzem Śródziemnym
Nad Morzem Śródziemnym

  Trzeba wreszcie porzucić Morze Śródziemne i obrać kurs na Atlantyk. Wiadomości w informacji turystycznej są obiecujące – z Valras do Béziers  prowadzi ścieżka rowerowa, w dodatku wiedzie ona wzdłuż Kanału du Midi, którym mamy dotrzeć do samego centrum Béziers. Tymczasem jest jak zawsze, czyli błądzimy w poszukiwaniu rowerówki, a kiedy ją wreszcie znajdujemy, okazuje się tak wyboista, że szukamy jakiejkolwiek alternatywy. Para napotkanych Szwedów z oburzeniem określa ją jako drogę „for horses”, zapowiadając, że przez wiele kilometrów nie będzie lepiej.

Beziers

Béziers to główny punkt tego odcinka. Miasto, jedno z największych w Langwedocji, przez niektóre źródła uznawane za najstarsze, zapisało się w historii jako miejsce okrutnej rzezi katarów dokonanej w czasie wojen religijnych w XIII w. Podczas masakry dokonanej przez krzyżowców zginęło 20 tys. mieszkańców miasta bez względu na wyznanie, wiek i płeć. Opowieści o tych wydarzeniach podają słowa opata Amaud, namiestnika papieskiego: „Zabijcie wszystkich! Bóg rozpozna swoich” (niepotwierdzone historycznie). Zaglądamy do pięknej katedry Saint Lazaire i kościoła św. Magdaleny.

Panorama na rzekę Orb

Ze wzgórza katedralnego podziwiamy rozległą panoramę roztaczającą się wokół płynącej w dole rzeki Orb. Miasto okazuje się tyleż piękne co uciążliwe. Wąskie uliczki z intensywnym ruchem samochodowym bez pasa dla rowerów, bo po prostu nie ma dla niego miejsca, to powód, dla którego chcemy jak najszybciej opuścić Béziers. Czeka nas jednak jeszcze niespodzianka. Kanał, którego mamy się trzymać, powinien zgodnie z mapą znajdować się tuż przy obrzeżach miasta.

W poszukiwaniu kanału du Midi
Skrzyżowanie kanału z rzeką Orb

Zaliczamy podjazd tak stromy, że nikomu nie udaje się pokonać wzniesienia, ja nie jestem w stanie nawet wepchnąć tam roweru, a kanału nie ma. Wracamy, krążymy wokół miejsca, gdzie powinniśmy go przeciąć, obracamy mapę, ale im dłużej szukamy, „tym bardziej go tam nie ma”. I dopiero wtedy przychodzi olśnienie – kanał jest nad naszymi głowami, biegnie wiaduktem podobnym do kolejowego. Podobne rozwiązania widzieliśmy przecież podczas poprzedniej wyprawy po Francji. Teraz już bez większych przeszkód, choć ścieżka wyboista jak dla koni, docieramy na kemping w Capestang.

Camping w Capestang
Kolegiata z XIIw. w Capestang

Ponura, potężna bryła katedry gotyckiej wyraźnie góruje nad miastem. Zwiedzamy ją rano, odwiedzając przy okazji znajdujące się tuż obok targowisko z ogromną ilością serów i oliwek. Pogoda wyraźnie się pogarsza, wkoło czarne chmury zwiastujące deszcz. Jest jeszcze ciepło, ale wiatr prosto w twarz odbiera chwilami oddech. Mamy do wyboru wyboistą ścieżkę wzdłuż kanału albo ostre podjazdy po bocznych asfaltowych drogach. W deszczu, kompletnie przemoczeni docieramy do Carcassonne, by tu ratować się czymś rozgrzewającym.

Z Carcassonne w tle

Następnego dnia na zwiedzanie Carcassonne przeznaczamy kilka godzin, przekonując się, że to naprawdę miejsce niezwykłe. Rowery zostawiamy pod murami, a sami kluczymy po malowniczych uliczkach starego miasta, chłonąc jego niezwykłą atmosferę. Żartobliwie nazywamy je francuskim Paczkowem (w Polsce o Paczkowie mówi się „polskie Carcassonne”). Punktem kulminacyjnym okazuje się znów katedra, a w niej czterech Rosjan  śpiewających „narodnyje piesni”.

„Dolne miasto” w Carcassonne
Carcassonne
W bazylice Saint-Nazaire w Carcassonne
Kanał pod wiatr (300 km)

   Z żalem opuszczamy zabytkowe miasto, ale przecież Atlantyk czeka. Po kilku kilometrach jazdy „ścieżką dla koni” zniecierpliwieni decydujemy się na asfalt. 10-kilometrowy podjazd do Montrealu (!) pod wiatr sięgający w porywach 50 km/h to lekcja pokory. Jak na złość łapiemy pierwszą gumę. Szerokim łukiem wracamy do Kanału du Midi i już bez błądzenia docieramy do Castelnaudary. Odtąd kanał będzie dla nas łaskawszy – znikną wyboje, ścieżka będzie zdecydowanie wygodniejsza, a platany przynajmniej trochę będą nas chronić przed szalejącą wichurą.

„Ścieżka dla koni”

   Wypada mi tu napisać parę zdań o Kanale du Midi, bezwzględnie największej atrakcji całego naszego wyjazdu. Jest częścią drogi wodnej łączącej Atlantyk z Morzem Śródziemnym i liczy 240 km. Powstał w XVII wieku z inicjatywy poborcy podatkowego i inżyniera Pierre’a Paula Riqueta, który do swojego projektu przekonał Ludwika XIV. Kanał zwany też Południowym łączył Morze Śródziemne z rzeką Garonną w pobliżu Tuluzy. Trudno dziś wyobrazić sobie to gigantyczne przedsięwzięcie, wymagające stworzenia bezbłędnego projektu, budowy prawie setki śluz i mostów kanałowych w miejscu skrzyżowań z rzekami, a nawet wykopania tunelu Malpas, dzięki któremu kanał przebija się przez wzgórze w pobliżu Béziers. Dopełnieniem dzieła techniki z XVII wieku jest Kanał Garonny, który powstał dwieście lat później, ale urodą temu starszemu zdecydowanie ustępuje. Prowadzi on przez Bordeaux do Atlantyku. Całość obsadzono platanami – potężnymi i bardzo malowniczymi. Niefortunnie wzdłuż Kanału Garonny rosną też akacje, prawdziwa udręka rowerzystów. Pierre Riquet nie doczekał momentu otwarcia kanału – zmarł kilka miesięcy wcześniej, poświęciwszy cały swój majątek na realizację swego ambitnego planu. Jego postać upamiętnia obelisk wystawiony niedaleko od kanału w miejscu działu wodnego przed Tuluzą.

Od tego punktu śluzy otwierać się będą w drugą stronę. Jeszcze kilkanaście kilometrów i Kanał du Midi zamieniamy na Kanał Garonny.

Monument ku czci Pierre’a Paula Riqueta
Malpas Tunnel (1679 r.)
Jedna ze 100 śluz na kanale du Midi
… wzdłuż Kanału Garonny, ciąg dalszy trasy rowerem przez Francję od morza do morza

   Do Tuluzy docieramy w deszczu, w dodatku temperatura wyraźnie spada. Na szczęście ścieżka rowerowa wzdłuż kanału prowadzi nas do centrum miasta. W tych warunkach poświęcamy godzinę na zachwycającą katedrę Saint-Étienne stanowiąca połączenie dwóch odmiennych brył: fragmentu budowli w stylu romańskim i mrocznego gotyku.

Katedra Saint-Étienne w Tuluzie

   Zmarznięci i przemoczeni nie bez żalu opuszczamy Tuluzę, by na jej peryferiach zatrzymać się na kempingu Le Rupa. A tu niespodzianka – tuż obok nas namioty rozbiła rodzina z Wrocławia z trójką dzieci, z których najmłodszy, Mikołaj, ma zaledwie 7 lat. Jadą tym samym rowerowym szlakiem, ale przemierzają go w przeciwnym kierunku, zresztą tak jak niemal wszyscy. I jadą z wiatrem!

   Nas pogoda przez najbliższe dni nie będzie oszczędzać. Dobrze, że udaje się zwijać suche namioty. Pocieszamy się, że wieje trochę słabiej, pada rzadziej i krócej, a temperatura minimalnie wzrosła.

Na naszej trasie „Rowerem przez Francję” spotkaliśmy rowerową rodzinę z Polski
Skrzyżowanie kanału Garonny z rzeką Tarn

   Jedziemy wzdłuż kanału. Trasa urokliwa, ale nieco monotonna – śluzy, przepusty, platany… Wsie przypominające małe miasteczka wydają się prowincjonalne i nieco zaniedbane. Po noclegu w Valence, gdzie nieodwołalnie zepsuła się kuchenka gazowa, smakujemy poranną kawę w centrum miasta. Udziela się nam leniwa niedzielna atmosfera. Wracamy do naszego kanału, a gałęzie gigantycznych platanów układają się jak sklepienie katedry gotyckiej. Mijamy Agen, zachwycając się wąskimi uliczkami, domami z pruskiego muru i bardzo starymi oknami pełnymi kwiatów.

Uliczki Agen
Uliczki Agen

Problemów z gazem w niedzielę, mimo różnych podejmowanych prób, rozwiązać się nie da, ale na szczęście jest wino. Jak na złość nie ma też kempingu, choć dotąd nie mieliśmy podobnych problemów. Miejscowi nie są w stanie udzielić nam jakichkolwiek informacji, bo po pierwsze niewiele o takich miejscach wiedzą, a po drugie mimo młodego wieku nie znają ani słowa po angielsku. To zresztą nasz problem od początku wyprawy po Francji. Francuzi wychodzą z założenia, że jeśli ktoś przybywa do ich kraju, to powinien znać też ich język. Tutaj, w maleńkiej wsi Mairie de Villeton, znalazła się na szczęście pani Sokolovsky, jak się okazało z polskimi korzeniami, która na migi pokazała nam, gdzie możemy rozbić namioty. Była więc trawa, był stół, była czynna przez cały czas toaleta w pobliskim barze.

Nocleg na dziko – Mairi de Vielleton

   W poszukiwaniu Decathlonu odbijamy kilka kilometrów do Marmande, gdzie wpadamy w tłum młodych ludzi – ubłoconych, z namiotami, plecakami, torbami i pakunkami, siedzących byle jak i byle gdzie. Akurat rozjeżdżali się po zakończonym festiwalu Gararock. Przemierzamy centrum miasta wzdłuż i wszerz, siedzimy leniwie, smakując jego atmosferę, a do Kanału Garonny wracamy już tylko po to, by pożegnać się z nim ostatecznie. Dalsza droga nad ocean będzie wiodła po zupełnie innych okolicach.

Marmande
Marmande
Zdradzając kanał – torami kolei (190 km)
Śluza Lés Bernés – pożegnanie z kanałem Garonny
Pożegnanie z kanałem

   Kierujemy się z stronę Bazas. Nie ma kanału ani platanów. Publiczna droga jest wyjątkowo malownicza, krajobraz pagórkowaty, a panoramy rozległe. Mijamy niewielkie wsie, bardzo prowincjonalne i spokojne. Nie zatrzymują nas żadne stare kościoły, bo ich po prostu nie ma. Spoceni i zmęczeni docieramy do Bazas, które jeszcze na koniec uraczyło nas kilkoma podjazdami. Kemping jak zwykle nieoznaczony, a droga do niego kręta i zmuszająca do dodatkowych kilometrów. Za to na miejscu zaskakuje nas prawdziwie wakacyjny gwar – baseny, dmuchańce, stragany z owocami i warzywami, scena i radosne zabawy dla dzieci. Zimne piwo to rozkosz dla podniebienia (niestety, ból dla kieszeni – 2,5€ za 250 ml to we Francji normalna, niewygórowana cena).

Camping w Bazas
Camping w Bazas
Camping w Bazas

Od rana jak dzieci bawimy się w basenach, korzystając ze wszystkich atrakcji. Są palmy nad wodą, imitacja piaszczystej plaży, wodny aerobik i kubły wody wylewanej na głowę na pirackim statku. A potem jeszcze absolutnie zachwycająca katedra w Bazas, określona przez UNESCO jako jeden z ważnych punktów na szlaku pielgrzymkowym do Santiago de Compostela. Rozsiadamy się na rynku w jednej z maleńkich kawiarenek, by cieszyć się tą niepowtarzalną atmosferą Francji.

Katedra w Bazas
Bazas
Oryginalna kołatka – tutaj takich wiele

Tego dnia ruszamy dopiero po 13.00 i ma być lekko. Wiatru prawie nie ma, ścieżka rowerowa od Bazas, prosta jak strzelił, prowadzi po nasypie dawnych torów kolejowych przez leśne tereny Parku Regionalnego Landów Gaskońskich. Żadnych stromych podjazdów ani wybojów. Trochę dokucza upał (dopiero narzekaliśmy na deszcz), a drzewa nieco oddalone od drogi nie dają cienia.

Trasa rowerowa wzdłuż dawnej kolei
Na magicznym campingu w Biganos

I seria rowerowych problemów: łapiemy gumę, nowa dętka okazuje się felerna, w drugim rowerze powoli schodzi powietrze, a kemping w Mios, do którego dojeżdżamy wieczorem, jest po prostu zamknięty. Jeszcze kilka kilometrów do Biganos. Wieczorem to perspektywa mało optymistyczna, za to od rana cieszymy się urokami tego kameralnego miejsca – błękitnego basenu z palmami i otoczonego bambusami jacuzzi. Jeszcze tylko trzeba doprowadzić do porządku rowery i ruszamy, by pokonać ostatni odcinek łączący nas z oceanem. Z mapy wynika, że mamy do przejechania niewiele ponad 25 km, a potem plaża. I właśnie w takich sytuacjach po raz kolejny okazuje się, jak złudne są podobne obietnice.

Droga nad Atlantyk

Wjeżdżamy w rejon, gdzie niewielkich miejscowości jest zdecydowanie więcej, ale biegnące przez nie ścieżki rowerowe są w zasadzie nieoznaczone. Wspomagamy się Here Maps, ale nawigacja kieruje nas na ruchliwe drogi publiczne, a ponieważ chcemy tego uniknąć, to złośliwie wybiera drogę gruntową, która nieoczekiwanie zmienia się w piachy po kostki. Cóż, tereny są tu wydmowe, a lasy nasadzone po to, aby zagospodarować ten suchy, nieurodzajny obszar. Przez kilka kilometrów pchamy ciężkie rowery, a słoneczna, upalna pogoda nie jest naszym sprzymierzeńcem. Błądząc wielokrotnie, docieramy wreszcie nad Atlantyk na południe od Arcachon.

U podnóża Dune du Pyla

  Nasz kemping znajduje się u podnóża największej w Europie wydmy Dune du Pyla (Wydma Piłata). Można odnieść wrażenie, jakby wznosiła się ze środka pola namiotowego, a każde miejsce i każda ścieżka pokryte są warstwą białego piasku. Na grzbiet wydmy prowadzi ułożona na jej zboczu drabinka ułatwiająca podejście. Ze szczytu otwiera się przed nami rozległa panorama na Atlantyk i ciągnącą się wzdłuż wybrzeża wydmę. Spieramy się o to, który pejzaż piękniejszy – nasza swojska Łeba czy Dune du Pyla, ale nie ma wątpliwości, ta francuska zaskakuje swoją wielkością. Cieszymy się piaskiem jak dzieci, ale szybko okazuje się, że zbyt  boleśnie parzy w stopy i nie da się tu chodzić na boso.

   Osiągnęliśmy właściwy cel naszej wyprawy „od morza do morza”. Teraz kąpiel w oceanie i leniwe chwile na prawie pustej plaży. Na ten ważny i wzruszający moment mamy butelkę chłodnego różowego wina. I jakie by ono nie było, to w tych okolicznościach smakuje wybornie.

Zanurzyć stopy w Atlantyku…
Wino jeszcze chłodne
Finał naszej trasy rowerem przez Francję od morza do morza
Najważniejsze – spotkać swoich
A przez noc mrówki dobrały się do francuskiego sera
Do Bordeaux (85 km)

Do zamknięcia pętli potrzebny jest nam jeszcze jeden dzień – spod Duna du Pyla do Bordeaux. Od rana pogoda trochę straszy burzą, jest pochmurno i nieco chłodniej. Odcinek do Biganos bez błądzenia pokonujemy bardzo szybko. Zbliżamy się do Bordeaux. Zamiast ścieżki rowerowej mamy wąskie pobocze ruchliwej drogi, a przedmieścia miasta ciągną się wyjątkowo długo. W Bordeaux upalnie i duszno. Siedzimy w centrum na ławeczce przed Kościołem św. Michała, chłonąc miejską, gwarną atmosferę. Zwiedzanie zostawiamy na dzień kolejny. Jazda rowerami po mieście, gdzie samochodów dużo, a uliczki wąskie, nie jest przyjemnością. Marzymy o tym, by wreszcie znaleźć się w domu przyjaciół i w zacienionym ogródku podzielić się bardzo świeżymi wspomnieniami z wyprawy.

Bazylika Saint-Seurin (św. Seweryna) w Bordeaux
Bazylika Saint-Seurin (św. Seweryna) w Bordeaux
Bazylika Saint-Seurin (św. Seweryna) w Bordeaux
Lustro wodne w Bordeaux
Pomnik Żyrondystów
Pomnik Żyrondystów

W pigułce:

  • trasa – Narbone – Fleury – Vendres – Valras-Plage – Béziers – Capestang – Trobes – Carcassonne – Montreal – Castelnaudary – Tuluza – Valence – Agen – Marmande – Bazas – Mios – Biganos – Bordeaux
  • dystans – 790 km
  • czas – 11 dni, przełom czerwca i lipca
  • rowery trekingowe z sakwami
  • noclegi w namiotach na campingach (od 3€ do 7€/os)
  • wyżywienie – zakupy w marketach, ceny nieco wyższe niż w Polsce)
  • przejazd pociągiem z Bordeaux do Narbone (wcześniejsza rezerwacja w promocyjnej cenie – ok. 45€/os. + rower)
  • mapy – Aquitaine, Midi-Pyrénées, Languedoc-Roussillon, 1:200 000, wyd. Michelin (zakupione przez Internet); mapy dostępne w punktach Informacji Turystycznej,
  • inna nasza Francja – Ren i Mozela

Więcej zdjęć z wyprawy jest tutaj