Dania – rowerem dookoła Jutlandii – na Skagen przez wydmy i wrzosowiska

„Dania jest rowerowym rajem” – z taką opinią spotykaliśmy się wielokrotnie, szukając pomysłu na wakacyjny wyjazd. 11 głównych tras rowerowych to łącznie 4200 km szlaków. Relacje z rowerowych wypraw umieszczone w Internecie sugerowały głównie albo trasy przez Kopenhagę, albo Bornholm, zwykle w wariancie na weekend. Jednak kiedy przeglądaliśmy mapę Danii, zdecydowaliśmy się na zupełnie inne rozwiązanie – za cel wyprawy obraliśmy Półwysep Jutlandzki, a dokładnie przylądek Skagen, na który mieliśmy dotrzeć, jadąc wzdłuż Morza Północnego, by następnie, kierując się na południe, zamienić je na Bałtyk. Zdecydowana większość tras rowerowych to asfaltowe lub gruntowe ścieżki poprowadzone niezależnie od dróg samochodowych. O dziwo, rowerzystów prawie nie spotykaliśmy – może czerwiec nie jest tu jeszcze sezonem na rowerowanie. Jedziemy najpierw trasą nr 1 – jedną z najdłuższych prowadzącą z Rudbøl przy granicy niemieckiej na Skagen, potem szlakiem nr 5 wzdłuż Bałtyku i nr 3 przez środek Danii. A więc przed nami Dania – rowerem dookoła Jutlandii.

Po torach kolei

Ta podróż po rowerowym raju przyniosła jednak inne doświadczenia niż przemierzanie niemieckich szlaków, które również nazywaliśmy rajem. Relacja z jedenastodniowej trasy liczącej 950 km ma tym razem formę dziennika podróży i, mam nadzieję oddaje charakter naszej podróży po Danii. A więc przed nami Dania rowerem na Skagen .

Dzień pierwszy : ze Spandet do Esbjerg – 59 km

Jest nas ośmioro. Naszą duńską przygodę mamy zacząć w Ribe – jednym z najstarszych miast w Danii i na pewno najstarszym na zaplanowanej trasie. Samochody zostawiamy w Spandet, przed właściwym punktem startu, u życzliwego gospodarza, który zapytany w centrum miasta o bezpieczne miejsce zaproponował nam kawałek swojego pięknie przystrzyżonego trawnika. To tutaj zerujemy liczniki i o 13.00 po całonocnej podróży, jeszcze nieprzyzwyczajeni do ciężaru sakw ruszamy na północny zachód.

Centrum Ribe

Czujemy atmosferę nowości – zadbane domki, wypieszczone, gustowne, skromne, w stylu skandynawskiej elegancji i powściągliwości. Rowerowy spacer po Ribe wprowadza jednak w inny klimat. Wędrujemy uliczkami starego miasta, pamiętając, że w średniowieczu było to ważne centrum handlowe, a królowie Danii tutaj mieli swą siedzibę. Podziwiamy romańsko-gotycką katedrę z przełomu XII i XIII w. z niezwykłym portalem i bardzo skromnym ewangelickim wnętrzem.

Portal kościoła w Ribe

Ścieżką obok drogi kierujemy się w stronę Morza Północnego do Esbjerg, niestety pod wiatr. Z dala na wysokim nabrzeżu widać gigantyczne sylwetki czterech białych postaci zwróconych w stronę morza. W promieniach zachodzącego słońca wyglądają majestatycznie. Nie mają wartości zabytkowej, ale odpowiadają charakterowi Esbjerg, które jest miastem portowym (największy port duński nad Morzem Północnym). Docieramy do campingu za miastem. I tu pierwsze rozczarowanie – miało być tanio, a jest 120 DKK za osobę (to prawie 70 zł). Można skorzystać z basenu, ale jest zbyt późno i dość chłodno, więc takie przyjemności zostawiamy na rano.

Pierwsze spotkanie z Morzem Północnym

Dzień drugi: z Esbjerg przez Hvide Sande w okolice Klegod – 82 km

Po kąpieli w ciepłym basenie wyruszamy w stronę morza i jedziemy trasą rowerową nr 1 wzdłuż wybrzeża długą, wąską mierzeją między Morzem Północnym i Fiordem Ringkobing. Rowerówka prowadzi wzdłuż drogi – szeroka, wygodna, gładka. Morza nie widać, zasłania je pas wydm przypominający pasmo górskie. Wąską piaszczystą, stromą ścieżką przechodzimy na plażę. To właściwie nasz pierwszy kontakt z duńskim krajobrazem. Nie widać żadnych miejscowości. Wokół roztaczają się pagórki porośnięte szarymi, suchymi trawami. W surowy pejzaż wtopione są pojedyncze, małe domki. Zachwyca nas dosłownie wszystko. Trochę zimno i ostro pod wiatr. Nie jest lekko.

Dania – rowerem dookoła Jutlandii

Tym razem szukamy noclegu na dziko. Znajdujemy go w lesie w okolicy Klegod, gdzie mierzeja jest zdecydowanie szersza. Namioty trochę widać z drogi, ale czujemy się bezpiecznie. Wkoło jagody, których nie widzieliśmy wieczorem, ale rano nie ma już na nie czasu.

Dzień trzeci: z Klegod, przez Thyboron, do Lodbjerg Fyr (latarnia morska) – 103 km

Chłodno, surowo i wietrznie
Nad Morzem Północnym

Jedziemy trasą podobną do poprzedniego dnia i równie malowniczą, chwilami porzucamy rowerową jedynkę, by nieco przyspieszyć na drodze samochodowej. W Thorsminde w pobliżu Nissum Fiord łapie nas deszcz. Chowamy się pod daszkiem, gdzie już wcześniej zatrzymał się inny rowerzysta. Okazuje się, że to Peter z Bremy podróżujący po Danii ze swym przyjacielem, Pati, dziwnym zwierzęciem, ni to gekonem, ni krokodylem. Towarzyszem podróży jest agama brodata. Peter dołącza do nas i tak towarzyszyć nam będzie w całej naszej duńskiej wyprawie. Peter nie zna angielskiego, co znacznie utrudnia komunikację. Póki co wystarczyć musi mój mizerny niemiecki i ręce. W Thyboron wjeżdżamy na portowe nabrzeże i przeprawiamy się promem na drugą stronę przez szeroki kanał.

Rowerowa „jedynka”
Prawdziwie duńskie klimaty

Peter prowadzi nas na pole biwakowe obok latarni morskiej na terenie Thy National Park. Miejsce świetne – w zabudowaniach należących do latarni jest woda i prąd, na biwaku dużo miejsca na namioty. Są tu też drewniane budki dla turystów. W takiej budce z drewnianych pali mogą się zmieścić cztery osoby. Na wysokości około metra znajduje się miejsce na karimaty, nie da się tu stanąć, można co najwyżej siedzieć. Domki zajęte są jednak przez innych rowerzystów, więc nie możemy ich wypróbować. Wieczorem wybieramy się jeszcze na wydmy, by podziwiać zachód słońca nad morzem. A widoki okazują się naprawdę oszałamiające.

Takie budki na polu biwakowym
Zachód na Morzem Północnym

Dzień czwarty: z Lodbjerg Fyr w okolice Fjerritslew – 105 km

Nasz zwierz

Od rana wychodzimy jeszcze raz na porośnięte wysokimi trawami wydmy, razem z nami Peter i Pati. Krajobraz za dnia zupełnie inny, ale nie mniej urokliwy. Nad brzegiem znajduje się ostry klif, więc o zejściu na dół nie ma mowy. Napawamy się widokiem, robimy parę fotek i wracamy. Szlaki rowerowe poprowadzone są naprawdę malowniczo wśród wydmowych wzgórz i wrzosowisk. Drogi gruntowe, ale bez wybojów.

Radość rowerowania po takich ścieżkach

Zatrzymuje nas znajdujący się tuż przy drodze dom z niezwykłą „elewacją” – cały obłożony jest ogromną ilością drewniaków różnych kolorów i rozmiarów. Nie byliśmy w stanie wyjaśnić tego zjawiska. Pamiętam jednak taki epizod z Pamiętników Jana Chryzostoma Paska, który brał udział w wyprawie duńskiej. Pasek, podkreślając odmienność obyczajów, pisał o Dunkach, które chodzą w drewnianych trzewikach, jakich żadna nasza szlachcianka i „taki kołat czynią”. Tenże Pasek przywiózł z Danii swojej narzeczonej prezent – była to piękna szkatułka, w której znajdowała się właśnie para drewniaków.

Chodakowy dom
Taki prezent przywózł Pasek swojej narzeczonej z wyprawy duńskiej

Dojeżdżamy do Hanstholm z portowym nabrzeżem zabudowanym przetwórniami rybnymi, wokół unosi się charakterystyczny, trudny do zniesienia zapach. Za Hanstholm droga wyraźnie skręca na wschód, wiatr też zdecydowanie korzystniejszy. Szybko pokonujemy kolejne kilometry, a szansa na to, by dojechać do Skagen, okazuje się całkiem realna. Szukamy noclegu. W Klim znajdujemy gospodarstwo – dziwną „agroturystykę”. Gospodarz o alkoholowym oddechu pokazuje nam miejsce na namioty obok zabudowań. Obejście nie wygląda zachęcająco, a widok bałaganu w prywatnej, domowej łazience, z której mielibyśmy korzystać, przesądza o tym, że ruszamy dalej. Kolejne miejsce, tym razem w lesie, okazuje się zbyt małe na pięć namiotów, zresztą jest zajęte przez bawiących się tam Duńczyków. Ostatecznie zatrzymujemy się na komunalnym parkingu przed Fjerritslev – jest stół, wykoszona trawa, kran z wodą. Czego więcej potrzeba?

Dzień piąty: z Fjerritslev w okolice Hjorring – 80 km

Dzień wyraźnego przesilenia. Z jednej strony marzenie, żeby znaleźć się jak najbliżej Skagen, z drugiej wyraźna potrzeba odpoczynku. Dziewczyny zapuchły od alergii i zmęczenia. Pada nawet propozycja, by się rozdzielić, a spotkać w drodze powrotnej – na szczęście kończy się na pomyśle.

Obrazek znany z duńskich folderów

Od rana teren wyraźnie się pofałdował, nabierając polodowcowego charakteru. Jazda góra – dół jak po Skandynawii, do tego pod wiatr, trochę nam daje w kość. Jedziemy powoli drogą o dość dużym ruchu samochodów. Wariant asfaltowy okazał się nie najlepszym rozwiązaniem, szukamy więc nierozważnie porzuconej ścieżki rowerowej i od Fjerritslev zmierzamy ku wybrzeżu. Przez chwilę moczymy nogi w morzu – ciągle Północnym i ciągle tak samo zimnym. Naszym najbliższym celem staje się latarnia morska na klifie Rubjerg Knude zasypywana od dziesiątków lat przez ruchome wydmy i uwieczniana na duńskich folderach. Latarnia powstała pod koniec XIX w. i działała do roku 1968. Piasek pochłonął domek latarnika, w 2002 roku zamknięto znajdujące się w niej muzeum piasku. Niestety, prawdopodobnie za kilka lat zniknie także latarnia, przegrywając walkę z naturą. Krajobraz prawdziwie fantastyczny. Wieje piaskiem po oczach, a w obiektywie aparatu aż chrzęści. Wrażenia niezapomniane…

Zbliżający się wieczór to znów poszukiwanie noclegu. Jesteśmy już jedną nogą na campingu, równie drogim jak poprzedni, ostatecznie jednak wygrywa las. Właściwie to nawet nie las, tylko kawałek wykoszonej łączki z dużym okrągłym stołem tuż obok drogi. Mamy ze sobą trochę ciepłej wody z mijanego wcześniej kościoła, dzięki czemu pozwalamy sobie na „kąpiel” w wysokiej trawie. Konie i krowy patrzą ciekawie na niecodzienny widok. W nocy drogą obok namiotów nie przejechał ani jeden samochód.

Śniadanie niezupełznie na trawie

Dzień szósty: przez Skagen do Jerup nad Bałtykiem – 103 km

Ostatnie kilometry przed Skagen

W nocy pada deszcz, ale nad ranem jest już zdecydowanie lepiej, choć jeszcze co chwila siąpi. Obok namiotów po naszej ścieżce dużo biegających i rowerzystów, którzy witają nas z wyraźną życzliwością. Zwijamy mokre namioty i ruszamy w stronę Skagen. Dojeżdżamy na najbardziej wysunięty na północ parking, dalej już na piechotę wzdłuż długiej, rozległej plaży. Rowery z sakwami zostawiamy nieprzypięte na parkingu pełnym samochodów. W Danii nic złego stać się im nie może.

Tak spotykają się ze sobą dwa morza
Nie wszyscy na Skagen przyjeżdżają rowerami
Za nami dwa morza – Północne i Bałtyckie
Kilka maduz wrzuciliśmy do wody
Kto zabrał korkociąg?

Wzdłuż brzegu, a idziemy od strony Bałtyku, mnóstwo wyrzuconych przez wodę meduz. Na końcu gigantycznej plaży sporo ludzi. Najbardziej wygodnych dowozi na brzeg kolorowa przyczepa ciągnięta przez traktor. Kąpiel jest tu zabroniona i wszyscy wyraźnie stosują się do tego zakazu. Brodzimy w wodzie po kolana podekscytowani wyjątkowością miejsca. Fale niewielkie, ale wyraźnie widać, jak zderzają się ze sobą na granicy mórz. Podobno woda z dwóch mórz nie miesza się ze sobą ze względu na różnice gęstości. Wyjątkowość chwili możemy uczcić szampanem, zabraliśmy też butelkę wina – cóż z tego, skoro korkociąg został w sakwach, a nikt spośród wielu ludzi na plaży podobnego sprzętu przy sobie nie ma.

Już na południe – Dania – rowerem dookoła Jutlandii
… a w tle Bałtyk

Od Skagen zwrot na południe. Morze Północne zamieniamy na Bałtyckie, a trasę nr 1 na rowerową piątkę. Piękne tereny – pagórki i wrzosowiska, a między nimi wygodna ścieżka. Nocleg znajdujemy na bezpłatnym biwaku koło Jerup, tuż nad morzem za wąskim pasem wydm. Na biwaku przyzwoita, czysta toaleta szkoda tylko, że pod prysznicem jest zimna woda, w dodatku znajduje się on na zewnątrz. Rano, ku naszemu zdumieniu, przyjeżdża ekipa do sprzątania sanitariatów.

Dzień siódmy: z Jerup do Hjørnet – 86 km

Na Morzu Północnym mogliśmy fotografować tylko zachody, teraz nad Bałtykiem wstajemy na wschód słońca. Jest bajecznie. A potem zaczyna padać deszcz. Ten wschód słońca mieliśmy jak prezent od łaskawej natury. Znów zwijamy mokre namioty, ale kiedy ruszamy w dalszą drogę, o deszczu można zapomnieć.

Nad Bałtykiem już tylko malownicze wschody słońca

Ciągniemy na południe do Frederikshavn i dalej wzdłuż Bałtyku. Powoli się wypogadza i ociepla. Co chwila odsłania się morze. Żadnych ośrodków, turystów, willi… W Hals przeprawiamy się promem przez fiord. Wjeżdżamy w momencie, kiedy rusza, i już po kilku minutach jesteśmy po drugiej stronie. Nocleg znajdujemy niecałe 10 km za Hals na Dokkedal Camping w Hjørnet. Cieszymy się prysznicami jak dzieci.

Wieczór upływa sympatycznie na rozmowie z Francuzem, który z fantazją, w malowniczym kapeluszu objeżdża na rowerze Europę. Przez pięć miesięcy chce zatoczyć koło z Paryża przez Danię, część Skandynawii, Niemcy, Włochy, a jak się uda – zaczepić o Pireneje. Słuchamy go rozbawieni, bo dopiero od dwóch miesięcy jest posiadaczem roweru, który notabene kupił specjalnie na tę wyprawę. Wcześniej przez wiele lat w ogóle na rowerze nie siedział. Będziemy śledzić jego podróż, życząc mu z całego serca powodzenia i wytrwałości.

Dzień ósmy: z Hjørnet pod Viborg – 100 km

Peter z gadziną ciągle jedzie z nami. To zdumiewające, bo wprawdzie przypominamy sobie coraz więcej niemieckich słów, a on zna już pojedyncze określenia po polsku, ale komunikacja jest ciągle bardzo ograniczona. O godz. 8.00 naszego Francuza już nie ma, a my zaczynamy kolejny dzień leniwie jak zawsze. Wg GPS Petera do Ribe mamy zaledwie 240 km. To co prawda najprostsza rowerowa trasa, a taka nam raczej nie grozi, ale i tak wydaje się to odległością nieprawdopodobnie małą.

W Oster Hurup żegnamy się z Bałtykiem i kierujemy w głąb lądu, bo drogę zagradza nam fiord Mariager. Promu nie ma, a najbliższy most znajduje się w Hadsund. Krajobraz zdecydowanie się zmienia, nabierając cech typowych dla obszarów polodowcowych – zaczynają się długie, strome podjazdy i ostre zjazdy. Niektórzy gnają z górki prawie 50 km/h. Po drodze zatrzymujemy się w Mariager, małym, urokliwym miasteczku, jednym z najstarszych i najbardziej znanych w całej Danii. Cudny klimat tego miejsca tworzą krzywe domy o konstrukcji szachulcowej, niewielki, pełen kawiarenek rynek, stary kościół i rozleniwieni ludzie. Miejsce sięga historią XV w., kiedy powstał tu klasztor. W XVII w. aż siedmiokrotnie zostało zniszczone przez pożary i straciło swoje znaczenie. Odkryte ponownie na początku XX w. dziś jest prawdziwą duńską perełką.

W Mariager
Swojski klimat Mariager

Szukamy noclegu. W Vammen zjeżdżamy na camping – prywatny, kameralny, naprawdę kusi, ostatecznie jednak odstrasza nas cena. Właściciel przestrzega przed biwakowaniem na dziko i grozi policją. Zbliżamy się do Viborg. Zbliża się 21.00, a tu tereny rolnicze i lasów niewiele. Wreszcie wypatrujemy przecinkę w lesie, miejsce bardzo dyskretne i spokojne. Zwieńczeniem intensywnego dnia jest sympatyczny wieczór z lampką wina, które w tych okolicznościach smakuje wybornie.

Dzień dziewiąty: z Viborg w okolice Christianshede (na zachód od Them) 87 km

Od rana upalnie, nie ma gdzie schować się przed słońcem. Wjeżdżamy do Viborg – kolejnego starego miasta, którego historia sięga głębokiego średniowiecza. W Viborg od XI wieku przez ponad 600 lat wybierano i obwoływano królów Danii. Miasto było też zaczątkiem reformacji. Niestety, nie oszczędzały go ani pożary, ani wojny, wskutek których utraciło swe znaczenia. Świadectwem przeszłości są dziś nazwy ulic, neoromańska katedra z sarkofagami w podziemiach i romański kościół katolicki, którego atrakcją są sceny biblijne przedstawione na kościelnych ławkach.

Viborg

Zbaczamy z drogi i zjeżdżamy do Sunds, żeby wykąpać się w jeziorze. Woda jest boska. Próbujemy dotrzeć do trasy nr 3, ale generalnie jedziemy, jak nas droga niesie. Pola, pola, pola. Z Sunds kierujemy się na Ikast i na wschód do Christianshede, gdzie znowu wpadamy na rowerówkę. Trasa prowadzi wzdłuż nasypu zlikwidowanej kolei i jest fantastyczna. Przy niej znajdujemy piękny biwak w lesie – pośrodku stół, pompa z wodą, idealnie czysta toaleta z papierem i lustrem, chociaż bez wody. Są też charakterystyczne drewniane domki do spania, ale rozbijamy własne namioty. Nad ranem ze snu wyrywa nas śpiew ptaków tak głośny, że obudziłby najbardziej zmęczonych.

Nasz najfajniejszy biwak

Dzień dziesiąty: z biwaku w okolicy Christianshede za Billund – 83 km

Dzień „gumowy”. Zaraz po starcie, a zbieraliśmy się wyjątkowo leniwie, bo miejsce ładne i kilometry w zapasie, łapiemy pierwszą gumę, po niemiecku „Schlauch”. Do końca dnia dojdziemy do sześciu, wszystkie od maleńkich kamiennych opiłków ostrych jak szkło. A dotąd było tak dobrze, ani jednej dziury.

Ścieżka po kolejowym nasypie, taka jest właśnie Dania – rowerem dookoła Jutlandii

Ścieżka prowadzi nas kilometrami po nasypie kolejowym. Gruntową drogą jedziemy z prędkością 25 km/h. Po drodze zjeżdżamy nad jeziorko tak małe, że trudno byłoby je zlokalizować na mapie. Woda gęsta od glonów, ale przyjemnie chłodna i choć pozostawia zieloną warstwę paskudztwa wewnątrz kostiumu, to łagodzi trudny do zniesienia upał. Chłodzimy się też na rynku w Brande, gdzie z fontanny przypominającej pionową taflę szkła korzystają także miejscowe dzieci. Jedziemy przez Blahej i Filskov – dopiero tutaj kończy się nam szlak rowerowy.

Fontanna w Brande
Kto nie kocha klocków lego?
Gang Olsena
Skandynawskie klimaty z klocków

Czas jazdy z powodu kolejnych dętek coraz bardziej się wydłuża. Wreszcie podrzędnymi drogami docieramy do Billund. Jest prawie 20.00. Mimo późnej pory jedziemy do Legolandu, by przynajmniej zrobić sobie zdjęcie w tłumie przed wejściem. Jakaś bardzo uśmiechnięta pani z obsługi podchodzi do nas i zaprasza do środka, z sympatią patrząc na nasze ciężkie rowery. Za jej namową wchodzimy – za darmo! Cóż, atrakcja nie lada, bo wprawdzie mamy tylko godzinę, ale bilet na jeden dzień kosztuje ok. 180 zł. Świat z klocków jest gigantyczny i bawimy się jak dzieci. O 22.00 jesteśmy jeszcze na rowerach. Zdeterminowani szukamy noclegu w lesie. Wreszcie znajdujemy polankę z ciurbunami. Trudno rozłożyć namiot, ale tę jedną noc jakoś przetrzymamy.

Dzień jedenasty: spod Billund do Spandet – 62 km

Ostatni dzień upływa już wyraźnie pod znakiem powrotu. Żegnamy się z Peterem – pojedzie sam do Bremy, a ma dużo kilometrów. Zatrzymujemy się przy kościele i patrzymy na pracę kobiety, która w sposób wręcz pedantyczny opiekuje się cmentarzem – wyrywa drobne chwasty, grabi ścieżki, usuwa śmieci. Takie małe kościoły na prowincji, otwarte i wyposażone w toalety z ciepłą wodą, nieraz były dla nas ratunkiem w kryzysowych sytuacjach. Teraz po raz ostatni raz korzystamy z przykościelnej toalety – można się odświeżyć, co przy upalnym dniu jest nie lada luksusem. W mijanym sklepie w Gram wydajemy ostatnie pieniądze, pozwalamy sobie na ostatnie piwo. Równocześnie głęboko wierzymy, że to nie jest ostatni rowerowy wyjazd do Danii.

O 17.00 jesteśmy już przy samochodach. Szybkie pakowanie i wracamy. Wyprawa „Dania – rowerem dookoła Jutlandii” zakończona. Licznik Ewy pokazał 950 km.

W pigułce:

  • trasa – Spandet – Ribe – Esbjerg – Hvide Sande – Klegod – Thorsminde – Thyboron – Thy National Park – Hanstholm – Klim – Fjerritslev – Rubjerg Knude Fyr – Hjorring – Tversted – Skagen – Jerup – Frederikshavn – Hals – Hjornet – Oster Hulup – Hadsund – Mariager – Vammen – Viborg – Sunds – Ikast – Christianshede – Brande – Blahej – Filskov – Billund – Vorbasse – Rodding – Gram – Spandet;
  • dystans – 950 km;
  • czas – 11 dni, czerwiec;
  • noclegi w namiotach w zorganizowanych bezpłatnych miejscach biwakowych, na dziko i na campingach;
  • wyżywienie – zakupy w marketach, ceny dwukrotnie wyższe niż w Polsce;
  • przejazd samochodami do Spandet;
  • mapy – atlas Danii, 1:200 000, wyd. Marco Polo, publikacje z punktów informacji turystycznej.

Zdjęcia z wyprawy „Dania – rowerem dookoła Jutlandii” tutaj