Rowerem po Czechach czyli u sąsiadów na Morawach

Pomysł, by coroczną wyprawę rowerową odbyć na Morawach, zaskoczył nas samych. Pojawił się   dopiero teraz, po tylu latach rowerowania. W dodatku po kilometrach przejechanych w Hiszpanii, Francji, Szwecji, Finlandii czy Estonii Czechy wydały się mało pociągające, zbyt bliskie, nieatrakcyjne… To najlepszy dowód pokazujący, jak mizerna jest nasza wiedza o najbliższych sąsiadach. Wiemy, że piękna jest Praga, odwiedzamy Szpindlerowy Młyn i Skalne Miasto – Ardsbach, korzystamy z czeskich tras biegowych w Górach Izerskich,  oczywiście chwalimy czeskie piwo, ale wakacje…? Rowerem po Czechach?

Galimatias tras, tak się jeździ rowerem po Czechach

Pierwsze próby szukania relacji w Internecie przekonują nas, że na doświadczenia innych nie ma co liczyć – opisów w języku polskim jest bardzo mało, ale te nieliczne brzmią zachęcająco i intrygująco – chwalą doskonałe ścieżki rowerowe i przedstawiają fotografie urokliwych miasteczek z klimatem jak w „Postrzyżynach” Hrabala. W „Rowertour” relacje z Czech też pojawiają się bardzo rzadko. Nie pozostało nic innego, jak jechać i przekonać się, co mają do zaoferowania rowerzystom nasi sąsiedzi.

Rynek w Hranicach
Etap I z Rybnika do Kromeriza, ok. 220 km  

Punktem startu jest Rybnik, skąd przez Śląsk, szukając mniej ruchliwych dróg (ani kilometra ścieżki rowerowej) przez Pszów i Radlin docieramy do granicy w Owsiszczach. Tuż za granicą pierwszy smak wakacji – przydrożne czereśnie, z robalami, ale tę świadomość zdobędziemy trochę później. Kierujemy się na Opawę, a szlak rowerowy prowadzi mało uczęszczanymi drogami i kamienistą szutrówką przez czeskie wsie.

Opawa wita nas swojskim klimatem. Spacerujemy po rynku i przyległych uliczkach, robimy zdjęcia przy wątpliwej urody „rzeźbie” z blachy – połączeniu mrówkowca i węża. W barze przypominającym czasy PRL-u zamawiamy „svičkową” – knedle z mięsem w sosie (chyba nie jesteśmy miłośnikami tej najbardziej czeskiej z czeskich potraw). Kiedy próbujemy opuścić Opawę, niespodzianka – szlak rowerowy przekracza tory kolejowe, ale prowadzi przez przejście ze stromymi, niewygodnymi schodami. Dla pustych rowerów to fraszka, ale nasze sakwy ważą niemało. No i zaczyna padać deszcz. Cóż, pierwsze koty za płoty.

Za Opawą nasza trasa wiedzie na południe. Wkoło pokaźne wzgórza, a my jedziemy piękną, wygodną, wyasfaltowaną ścieżką wzdłuż Morawicy. Szlakiem 551 docieramy do Hradca, skąd trzeba przerzucić się do kolejnej doliny. Oznaczenia dróg rowerowych w Czechach są doskonałe, ale i tak udaje się nam trochę pobłądzić. Znajdujemy nocleg na rozległej łące przy brzegu Morawicy, a tu świetliki, sarny i czarny bocian.

Szlak rowerowy wzdłuż Morawicy, i tak też się jeździ rowerem po Czechach

Odcinek z Hradca do Vitkova okaże się chyba najtrudniejszym na całej naszej trasie. Podjazd za podjazdem po dość stromej, kamienistej ścieżce przez Góry Odrzańskie. Jedziemy 6km/godz, a potem już w ogóle nie jedziemy, tylko wpychamy ciężkie rowery pod górę. I jeszcze podjazdy serpentynami do Vitkova. Po kilku godzinach jazdy mamy 18 km na liczniku. Dalej będzie już zdecydowanie łatwiej. Długi zjazd i jesteśmy w Odrach. Niedaleko stąd znajdują się źródła Odry, w pobliżu urodził się Johann Mendel, twórca podstaw genetyki. Informacja turystyczna już zamknięta, ale z pomocą spieszą nam życzliwi Czesi, którzy ofiarowali nam własne mapy rowerowe, dorzucając do nich parę praktycznych rad. Przez Bělotín kierujemy się do Hranic. Hranice zaskakują przepiękną architekturą. To stare miasteczko z urokliwym rynkiem, miłym wieczornym gwarem i …przyjaznym, niedrogim campingiem.

Ścieżka rowerowa wzdłuż Bečwy

Do doliny Morawy już rzut beretem. Szlak rowerowy – wygodna, asfaltowa ścieżka prowadzi wzdłuż Bečvy, wśród pól, z dala od dróg publicznych. Teren zdecydowanie rolniczy, a zabudowa wsi przypomina raczej małe miasteczka. Wjeżdżamy do starej części zabytkowego Přerova, w okolicach Tovačova korzystamy z nieoficjalnego, ale obleganego przez miejscowych kąpieliska. Wreszcie przez Kojetin docieramy do Kroměříža. Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów to prawdziwy rowerowy luksus pozwalający zapomnieć o bólu podjazdów dnia poprzedniego.

W Dolinie Morawy – asfalt dla rowerzystów, droga szutrowa dla samochodó i pojazdów rolniczych
Etap II – dolina Morawy, ok 225 km. 

Dolina Morawy to główna część naszej rowerowej podróży. Ten etap zaczyna się właśnie od  Kroměříža leżącego nad Morawą. Miasto zachwyca nas swoim klimatem. Walczymy z pokusą, by zatrzymać się tu na dłużej. Ostatecznie decydujemy, że trzeba przejechać jeszcze kilkanaście kilometrów. Marzenie, by zajrzeć tu w drodze powrotnej, pozostanie niespełnione. Może kiedyś… Nocleg dzięki życzliwości gospodarzy znajdujemy z niewielkim ośrodku sportów wodnych niedaleko Otrokovic. Cicho i spokojnie, miejsce na namioty, łazienka i bufet z piwem. Większych wymagań nie mamy. Na ścieżce rowerowej panuje ruch do późnych godzin nocnych – ludzie biegają, jeżdżą na rowerach i rolkach, spacerują z psami. Taki sam obraz wita nas wczesnym rankiem.

Uherskie Hradište

Dalej ścieżka rowerowa prowadzi wzdłuż Kanału Baty przez Otrokovice i Napajedla do Uherskiego Hradišta. Trudno zachwycać się każdym kolejnym miasteczkiem, a tutaj znowu pięknie. Odpoczywamy na rynku smarowani pysznymi lodami, wędrujemy wąskimi uliczkami, podziwiamy renesansową zabudowę rynku. Przez Veseli zmierzamy do Strážnic. Krajobraz wydaje się nieco monotonny – wygodna, asfaltowa ścieżka wzdłuż kanału bez podjazdów i zjazdów, nawet zakręty są tu łagodne. Dzień rowerowania kończymy wyjątkowo wcześnie – po pierwsze trudno znieść jazdę w upale, po drugie wyraźnie nadciąga burza, wreszcie po trzecie na campingu w Strážnicach obejrzeć mecz Polska : Portugalia. Oglądamy go zresztą tylko my, innych Polaków tutaj nie ma, a Czesi po klęsce narodowej reprezentacji  zupełnie niezainteresowani.

Luksus rowerowania wzdłuż Morawy (rowerem po Czechach)

Rano mamy czas na to, by zwiedzić Strážnice, ważny ośrodek kultury ludowej. W otoczonym przez park angielski pałacu, który jak się okazało, jest rekonstrukcją dawnej budowli utrzymaną w renesansowym stylu, ma siedzibę Narodowy Instytut Kultury Ludowej. Tutaj w części muzealnej znajduje się jedna z największych w Europie kolekcji instrumentów ludowych. Co roku odbywa się w Strážnicach Międzynarodowy Festiwal Folklorystyczny, który niestety zakończył się cztery dni przed naszym przybyciem.

Przejeżdżamy przez pachnące lawendą centrum miasteczka i ruszamy do Hodonina. Upał dokucza coraz bardziej, a ścieżka rowerowa nie daje szansy, by ukryć się w cieniu. Chowamy się przed słońcem w jednej z winotek. Na Morawach takich miejsc, gdzie można usiąść przy kawiarnianym stoliku i napić się wina (lokalnego, ale nie tylko), jest wiele. Kosztowaliśmy miejscowych trunków podawanych nie z butelek, ale wprost z beczek. Morawskie wino nalewane jest zresztą z nalewaka do podręcznych butelek także w wielu sklepach spożywczych.

Tego dnia dojeżdżamy do Lednic. Niecałe 2 km od miasteczka znajduje się duży i gwarny camping Apollo, a w barze gra kapela przypominająca grupę Banjo Band popularną w Polsce przed kilku laty dzięki przebojowi Jožin z bažin. Camping z licznymi zakamarkami nie męczy gwarem, a po godz. 22 przykładnie robi się jednak cicho.

Zjazd do Valtic

Kolejny dzień zapowiada się niezwykle atrakcyjnie. Jego pierwszą część poświęcamy na Lednice-Valtice, dwa niewielkie miasta, których atrakcją są imponujące pałace i największy w Europie zespół parkowy zajmujący 300 km2. Całość w roku 1999 została wpisana na listę UNESCO. Pierwszy z pałaców to letnia rezydencja Liechtensteinów o wielowiekowej tradycji, po ostatnich przebudowach dokonanych w XIX wieku utrzymana w stylu neogotyckim, drugi zaś to barokowa (po licznych zmianach) budowla w centrum Valtic. Przez kilka godzin przemierzamy romantyczny  park utrzymany w stylu angielskim, przez który prowadzą ścieżki rowerowe. Watro odwiedzić znajdujące się w nim obiekty: Trzy Gracje, Łuk triumfalny, Minaret (znowu najwyższy w krajach pozaislamskich).

Widok z pałacu w Valticach
Panorama z zamku w Mikulowie

Jeszcze tego samego dnia, jakby nam było mało, zmierzamy do Mikulowa. Już z dala widać umieszczony na wzgórzu ogromny pałac. Wspinamy się mozolnie, chociaż upał nas nie oszczędza. Centrum miasta pełne jest turystów. Zostawiamy rowery na placu przed zamkiem i w tłumie zwiedzających robimy sobie spacer po budowli, z której roztaczają się rozległe panoramy z widokiem na miasto i okolice. Pobyt w Mikulowie Ewa wieńczy grą na pianinie – świetny ten obyczaj z wystawianiem instrumentu przez właścicieli kawiarń.

Nasza ekipa z Mikulowem w tle

Elementem najbardziej osobliwym tego dnia wypełnionego turystycznymi atrakcjami okazuje się jednak obiad. W przydrożnym, małym barze w Březi za Mikulovem zamawiamy dania z karty. Siedzimy w ogródku piwnym, jest swojsko i trochę siermiężnie, a za plecami przejeżdżają pociągi. Kaczor prosi o „koleno”, a szef tłumaczy cierpliwie, że to nie jest golonka. „Koleno” to „koleno”. Wszystkie zamówione przez nas porcje okazały się ogromne, ale na widok „kolena” po prostu zamarliśmy. Okazało się, że to góra mięsa – specjalnie upieczonego, ale w rozmiarze XXXL. W dodatku za jedyne 145 koron (ok. 25zł). Cóż, z tak pełnym brzuchem pedałuje się nielekko.

Koleno – wyzwanie nie mniejsze niż podjazdy

Ścieżka rowerowa prowadzi przez pola, po których radośnie skaczą zające. Na mapie nie ma żadnego pola namiotowego. Wreszcie znajdujemy sympatyczne miejsce nad rzeką Dyją. Piękna polanka, jest nawet drewno na ognisko. Rozpędza nas jednak letnia ulewa. Za to rano rzeką płynie spływ kajakowy. Ruszamy do Jarosławic. Rzut okiem na malowniczą średniowieczną rotundę, jeszcze ostatnie zakupy i ruszamy. Jesteśmy już bardzo blisko granicy czesko-austriackiej.

Etap III – Dolina Wachau, ok. 260 km
Donauradweg przed Melk

Od granicy do Wiednia rzut beretem, jednak świadomie rezygnujemy z tego punktu wyprawy, decydując się na odwiedzenie Doliny Wachau, która zachwyciła nas podczas wcześniejszej wyprawy wzdłuż Dunaju (od źródeł w Donaueschingen do Wiednia). Ścieżki rowerowej w wybranym przez nas kierunku nie ma, a kierowcy na drogach publicznych zachowują się dość brawurowo. Dochodzi nawet do drobnej stłuczki podczas niebezpiecznego wyprzedzania naszej sześcioosobowej grupki.

Przez Stockerau docieramy do Dunaju, wprost na zaporę przy elektrowni wodnej. Teraz już tylko Donauradweg, czyli naddunajska trasa rowerowa, luksusowa, komfortowa i oblegana przez rowerzystów z całego świata. Intensywny dzień kończymy na campingu w Tulln. Z żalem wspominamy ceny na czeskich polach namiotowych, trudno – byliśmy na tę zmianę przygotowani.

Tulln – sposób na upał

Tulln to miasto o bogatej historii ze śladami kultury romańskiej. Zwiedzamy średniowieczną kostnicę z intrygującymi malowidłami ściennymi, robimy pamiątkowe zdjęcia przed pomnikiem Marka Aureliusza, przejeżdżamy przez znajdującą się na rynku fontannę i bawimy wielką kamienną kulą obracającą się dzięki sile wody.

Dolina Wachau
Naddunajskie winnice

Dolina Wachau zaczyna się od Krems i robi wrażenie nie mniejsze, niż kiedy widzieliśmy ją po raz pierwszy. Ścieżka prowadzi przez olśniewające miasteczka, szlachetnie stare, otoczone winnicami, kameralne, przytulne, pełne kwiatów i …turystów. Mijamy Stein, gdzie znajduje się muzeum karykatury, i Durnstein, gdzie więziony był król Ryszard Lwie Serce, odwiedzamy powiększoną kopię liczącego ponad 22 tys. lat posągu Wenus z Willendorfu, a na koniec docieramy do Melku, ostatniego punktu naszej wyprawy wzdłuż Dunaju. Następnego dnia, już z biegiem rzeki, wracamy, zachwycając się raz jeszcze malowniczymi krajobrazami.

Dunaj o świcie (z campingu w okolicach Melk)
Trasa rowerowa w dolinie Wachau
Dolina Wachau
Etap IV – Na Austerlitz (albo Slavkov) – ok. 280 km

Rowerowe wczasy kończą się w Krems, kiedy musimy zostawić za sobą Dolinę Dunaju i ruszyć na północ w kierunku Lagenlois. Teraz czekają nas niekończące się podjazdy. Trudy pedałowania rekompensują widoki. Teren jest górzysty, a w pobliżu każdej mijanej miejscowości znajdują się jakieś ruiny zamku. Dokucza nam upał, ale pomysł, by schłodzić ciała w rzece Kemp (całkiem pokaźnej), studzi temperatura wody, która dosłownie kosi po kostkach. Przejeżdżamy przez Gars i bardzo powoli zbliżamy się do Horn, które miało być naszym punktem docelowym na koniec dnia. W pobliżu nie ma żadnego campingu, pozostaje więc nocleg na łące, nad niewielkim strumieniem, w niedaleko przejazdu kolejowego. Słysząc kolejne sygnały pociągu, żartujemy, że pozdrawia nas każdy maszynista.

Uciążliwe podjazdy rekompensują strome zjazdy (okolice Znojmo)

Ostatni dzień w Austrii przynosi pogodę mało łaskawą – tym razem to bardzo silny boczny wiatr, który targa naszymi obładowanymi rowerami i dodatkowo utrudnia mozolne podjazdy.  Przejeżdżamy przez Horn i drogą wśród winnic docieramy do Retz, a stąd już blisko do granicy, droga prowadząca na Znojmo i obfity obiad w czeskiej restauracji. Powtórka ze „svičkowej” przekonuje nas, że nie jesteśmy wielbicielami knedla zalanego sosem.

Znojmo

Camping znajdujemy w Uhanowie, kilka kilometrów za Znojmo. Od rana podczas pakowania towarzyszy nam ciekawy wzrok pary w camperze, która po zjedzeniu jajecznicy z 12 jaj na boczku wypoczywała przy skrzynce piwa.

Austerlitz (Slavkov) – na wzgórzu, z którego dowodził armią Napoleon Bonaparte

Powoli zbliżamy się do Slavkova. Slavkov to czeska nazwa miejsca napoleońskiej bitwy znanego nam jako Austerlitz niedaleko Brna. Droga okazuje się dość uciążliwa ze względu na spory ruch samochodowy i brak samodzielnych ścieżek rowerowych, do których zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Dłuższy odpoczynek robimy we Vranowicach, gdzie znajdujemy restaurację nie do opisania – za typowym, dość siermiężnym barem znajduje się podwórko tak wąskie, że mieści się tu jeden długi stół, a wzdłuż całości ciągnie się wielka papugarnia. Tutaj otrzymujemy tani i doskonały obiad z rozkosznie chłodnym piwem.

Jeszcze tego samego dnia zdobywamy Austerlitz, wspinając się mozolnie na szczyt wzgórza, z którego Napoleon dowodził swoją armią, i próbujemy wyobrazić sobie oddziały żołnierzy walczących na równinie rozciągającej się poniżej. Potem jeszcze parę kilometrów i z braku campingu namioty za zgodą gospodarza rozbijamy w starym zdziczałym sadzie. Mamy widok na wzgórze Austerlitz i zawieszony nad nim księżyc. Jest pięknie i romantycznie.

Szlaki rowerowe prowadzą przez rozległe pola zbóż i słoneczników

Już wyraźnie czujemy, że wyprawa zbliża się do końca. Opuszczamy nasz sad i kierujemy się w stronę Doliny Morawy, by zamknąć rowerową pętlę. Ścieżki nadal prowadzą publicznymi drogami ze sporym ruchem samochodowym – trasą równoległą do autostrady przez Rusinov, Vyškov i  Niemčyce docieramy do Kojetina, to tutaj zamyka się koło – jesteśmy znowu nad Morawą. Teraz kawałek na północ do Tovačova. Szukamy miejsca na namioty, ale o żadnym legalnym campingu nie ma mowy. Stawy rybne dostępne są tylko dla wędkarzy, a rozbicie namiotu grozi interwencją policji, przed czym przestrzegają nas miejscowi. Korzystamy z kąpieliska w znanym już wcześniej miejscu, bo to jedyny sposób, by zmyć z siebie kurz z całego dnia. Pozostaje nocleg na dziko nad rzeką Bečvą. Ostatni wieczór okazuje się bardzo sympatyczny – mamy zabrane z domu świeczki, jest kompot jagodowy, który przez pomyłkę kupiliśmy zamiast dżemu i trochę morawskiego wina zakupionego wprost z nalewaka w sklepie spożywczym.

Parking rowerowy w Přerovie

Następnego dnia pozostała już tylko krótka trasa do Přerova. W oczekiwaniu na pociąg do Bohumina możemy jeszcze pozwolić sobie na spacer po mieście, spokojniejszy i dłuższy, niż kiedy byliśmy tu po raz pierwszy. Przed dworcem w Přerovie znajduje się nowoczesny, samoobsługowy parking rowerowy w postaci szklanej wieży, w której na kilku kondygnacjach znajdują się rowery obsługiwane przez zmyślny automat. W Bohuminie rezygnujemy z oczekiwania na pociąg do Rybnika i ostatnie 30 km pokonujemy na rowerach.

Rowerowe Czechy okazały się świetnym pomysłem na wakacje. Ścieżki w Dolinie Morawy polecić można naprawdę każdemu, zwłaszcza że różne warianty takiej wyprawy pozwolą zadowolić rowerzystów o różnych upodobaniach i możliwościach. Piękny krajobraz, urokliwa architektura kameralnych miasteczek, umiarkowane ceny i liczba ścieżek rowerowych o różnym stopniu trudności to atuty przemawiające za tym, by o wyjazdach do Czech myśleć także w najbliższych latach. Niewątpliwa atrakcyjność terenów przez które jechaliśmy spowodowała, że nasza relacja z wyprawy okazała się na tyle ciekawa, że ukazała się w miesięczniku Rowertour w nr 2/2017. Orientacyjna trasa jest przedstawiona na tej mapie.

W pigułce

  • trasa wyprawy rowerem po Czechach – Rybnik > Opawa > Hradec > Vitkov > Odry > Belotin > Hranice > Přerov > Tovačov >  Kojetin > Kroměříž > Uherskie Hradište > Veseli >  Strážnice > Hodonin > Lednice-Valtice > Mikulov > Jaroslavice > Stockerau > Tulln > Krems > Melk > Krems > Garn > Horn > Znojmo > Uhanov > Slavkov > Kojetin >  Tovačov > Přerov > Bohumin > Rybnik
  • dystans – 990 km
  • czas – 12 dni
  • noclegi – na campingach (w Czechach 60-70 Kč , w Austrii 11€), część na dziko
  • wyżywienie – zakupy w cenach zbliżonych do polskich; obiad w Czechach 100-150 Kč, w Austrii gotowanie w warunkach polowych
  • przejazd pociągiem z Přerova do Bohumina
  • mapy – atlas Czeskiej Republiki 1:200000 wyd. Marco Polo (na potrzeby wyprawy wyjęliśmy potrzebne strony), Donauradweg, Danube Bike Trail 1:125000, mapy dostępne w punktach Informacji Turystycznej w Czechach i Austrii (większość bezpłatnie, 120 Kč),

Więcej zdjęć z wyprawy rowerem po Czechach tutaj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *