Jesteśmy miłośnikami długodystansowych tras rowerowych pozwalającymi być w drodze przez co najmniej kilka kolejnych dni. Jeździmy obładowani sakwami, wożąc ze sobą sprzęt biwakowy, co daje nam uczucie wolności i niezależności. I największą przyjemnością jest sama jazda. Do pełni szczęścia potrzebne są jeszcze urzekające krajobrazy i spektakularne miejsca, będące nie tyle celem samym w sobie, co punktami podróży decydującymi o jej wyjątkowości i niepowtarzalności. Wydłuża się lista naszych rowerowych peregrynacji – doliczyliśmy się już 16 państw.

Po długodystansowych trasach chcielibyśmy jeździć także w Polsce. W ostatnich latach powstaje u nas dużo ścieżek rowerowych i choć nie zawsze ma to charakter kompleksowy, można z nadzieją patrzeć na rosnącą liczbę szlaków. Przoduje tu zdecydowanie Województwo Zachodniopomorskie, postanowiliśmy więc przekonać się, na ile ten system dróg rowerowych spełnia nasze oczekiwania.

Podstawowym źródłem informacji przy planowaniu trasy była dla nas strona internetowa Rowery WZP powiązana ze stroną Urzędu Marszałkowskiego Województwa Zachodniopomorskiego oraz aplikacja na telefon – „Pomorze Zachodnie”. Zawiera ona podstawowe informacje o trasach rowerowych, także tych w budowie, o ich długości, charakterze i nawierzchni, o miejscach przyjaznych rowerzystom i punktach godnych polecenia. Jest też dostępny planer trasy pozwalający ułożyć sobie indywidualnie program wycieczki ze śladem GPX do pobrania.

A możliwości jest naprawdę dużo. Widać, że ktoś patrzy na całość, nie zamykając się w obrębie powiatu czy gminy. Oprócz głównych tras takich jak Blue Velo, Velo Baltica, Stary Kolejowy Szlak czy Trasa Pojezierzy Zachodnich, powstają także łączniki i pętle. To wszystko łączy się jeszcze z trasami po niemieckiej stronie granicy. Wyznaczyliśmy sobie pętlę liczącą sobie ponad 650 km (mapa), a stanowiącą połączenie kilku szlaków i możliwą do pokonania w ciągu tygodnia.

Z Gryfina nad morze
Punktem startowym jest dla nas Gryfino, a właściwie niewielkie Pniewo, gdzie w zaprzyjaźnionym, rodzinnym domu zostawiamy samochód. Blisko stąd do Krzywego Lasu, ale niedawno tam byliśmy, więc spieszymy na północ. Pierwszy cel – dotrzeć do trasy rowerowej R3. To Blue Velo, albo inaczej Odrzańska Trasa Rowerowa. Najpierw jedziemy po podrzędnych drogach, gdzie ruch jest niewielki, za to dziury okazałe. Potem wpadamy na krajówkę w stronę Szczecina Dąbie i nie jest miło. Przebijamy się przez Dąbie, starając się wykorzystać chodniki. Wreszcie po 27 kilometrach jesteśmy na rowerowej „trójce”. Gładka, równa szutrówka prowadzi wzdłuż jeziora Dąbie. Wprawdzie jedziemy pod wiatr i trochę się kurzy, ale i tak jesteśmy szczęśliwi.


W Lubczynie porzucamy R3, by dostać się na nocleg do Goleniowa. Dojazd po nowej, komfortowej ścieżce rowerowej wzdłuż szosy to prawdziwa przyjemność. Leżący nad Iną Goleniów ma jak wiele miast w Zachodniopomorskiem kilka cennych zabytków – kościół pw. św. Katarzyny, Bramę Wolińską, fragmenty murów obronnych, ale zniszczony podczas natarcia Armii Czerwonej, został odbudowany bez próby rekonstrukcji i wypełniony „blokami” bez charakteru. Jest jednak zielono czysto, a mostek nad Iną zdobią kolorowe kwiaty. No i przede wszystkim ścieżki rowerowe.
Wracamy do Trasy Odrzańskiej, kierując się na Stepnicę, a dalej podrzędną drogą samochodową na Kopice i Czarnocin. Nasz szlak pokrywa się z Trasą Wokół Zalewu Szczecińskiego, a liczba rowerzystów dowodzi popularności tego odcinka. Zdecydowana większość jedzie na lekko, ale sporo tu sakwiarzy, są też rodziny z dziećmi.

Na dłuższą przerwę zatrzymujemy się w Wolinie, a stąd nad morze mamy kilka wariantów: trasą R3 do Międzyzdrojów do EV10, ale to za bardzo na zachód, przez Wisełkę do EV10, przez Kamień Pomorski wprost na Dziwnówek i wreszcie lewą stroną Dziwny na Międzywodzie. Wybraliśmy tę ostatnią drogę i chyba nie był to wybór najlepszy, bo przyszło nam jechać po ścieżce z kostki brukowej, bardzo wyboistej i zniszczonej. W dodatku przy silnym, porywistym wietrze w twarz. Cóż, rowerzyści tak mają!

Popularna Velo Baltica albo R10
Ciągnąca wzdłuż Bałtyku trasa R10 (Velo Baltica czyli EuroVelo 10) to chyba najpopularniejszy w Polsce szlak rowerowy, więc sakwiarzy spotyka się tu zdecydowanie więcej niż na pozostałych ścieżkach Pomorza Zachodniego. Mamy do pokonania odcinek z Międzywodzia do Kołobrzegu, choć można by pociągnąć nieco dalej, aż do Mielna, na co pozwalają dwa warianty Starego Kolejowego Szlaku. Cóż, jazda nad morzem to nie nasza bajka. Na szlaku R10 spędziliśmy półtora dnia i z ulgą odbiliśmy na południe. Lato nad Bałtykiem to tłumy ludzi snujących się wszędzie, nie wyłączając ścieżek rowerowych. To hałas, muzyka ze ulicznych głośników, samochody, stragany, nagromadzenie komercji i tandety.
Nocleg zaplanowaliśmy na polu namiotowym w centrum Dziwnówka. Miało być małe i kameralne. Rzeczywiście, było małe –w „samym sercu” miejscowości, w ulicznym gwarze, z namiotem obok namiotu, zastawione samochodami i kamperami. Przyznaję, nie przekroczyliśmy jego bramy i znaleźliśmy pokój w pobliskim Wrzosowie.

Trzęsacz jak zawsze robi wrażenie, przyciąga więc ludzi, którzy tak jak i my próbują zrobić sobie zdjęcie z ruinami w tle. W okolicach Pogorzelicy trasa odbija od morza i prowadzi przez las, a atrakcją jest tu niewątpliwie wakacyjna kolejka wąskotorowa.


Jest zdecydowanie spokojniej. Udaje się nam w ciszy wypić kawę i skosztować pyszną tartę jabłkową z chrupiącą bezą. Potem jeszcze plaża w Dźwirzynie, by doświadczyć uroków morza, które jakoś do nas nie przemawiają.

W Kołobrzegu zatrzymujemy się przed Katedrą pw. Wniebowzięcia NMP. Ceglana, gotycka kolegiata jest monumentalna i potężna. Od strony zachodniej znajduje się potężny, prostokątny blok z wieżą, tak charakterystyczny dla kościołów spotykanych w Brandenburgii. Niestety, ze względu na mszę nie udaje się nam wejść do środka.
W Kołobrzegu odnajdujemy łącznik szlaków R10 i R15, by odbić na południe. Przydaje się nawigacja, bo w mieście oznaczeń trasy rowerowej w zasadzie nie ma. Żegnamy się z Velo Baltica, obiecując sobie, że jeszcze tu wrócimy – poza szczytem sezonu.
Na południe po R15 – Starym Kolejowym Szlaku


Opuszczając Kołobrzeg, kierujemy się na Karlino. Trasa Starego Kolejowego Szlaku R15 („Zwiniętych Torów”) prowadzi początkowo wzdłuż drogi samochodowej po ścieżce z kostki brukowej, ale po paru kilometrach wjeżdża na nasyp po zlikwidowanej kolei. Wśród lasów, pól i łąk posuwamy się szybko i komfortowo. Boczny wiatr też jakby mniej przeszkadza.

Baza noclegowa jest tu jednak bardzo skromna. Udało się zamówić pokój w pensjonacie „Noclegi nad Parsętą” w Rościnie. Żeby tam dotrzeć, trzeba odbić od naszej trasy za Karlinem i pokonać parę kilometrów ścieżką pełną wykrotów, kolein, piachów, z brukiem na deser. Na szczęście stąd już wygodniejszą drogą wracamy do R15 tuż przed Białogardem. No i jest okazja, by popatrzeć na elektrownię wodną na Parsęcie. Gdybyśmy płynęli kajakiem, mielibyśmy tu bardzo niewygodną przenoskę.

Kolejnym celem ma być dla nas Połczyn. Wyjeżdżamy z Białogardu szlakiem Zwiniętych Torów, ten jednak szybko odbija na Świdwin , a nasza trasa R15 szerokim łukiem po mało ruchliwych drogach publicznych prowadzi do Połczyna. Szlak na Świdwin powstał niedawno, łącząc miasto w Połczynem i Białogardem, a przy tym jest doskonale skomunikowany z koleją. Następnym razem odwiedzimy Świdwin, by cieszyć się jego atrakcjami.
R15 prowadzi po obrzeżach Połczyna, zjeżdżamy więc z trasy, by pokręcić się po centrum i zajrzeć do parku zdrojowego. W mieście jest wyjątkowo spokojnie i cicho. Pyszny obiad połączony z degustacją piwa z lokalnego browaru trochę nas rozleniwiają.


Po Starym Kolejowym Szlaku, malowniczym i całkowicie odizolowanym od ruchu samochodowego, dojeżdżamy do Złocieńca. To piękny odcinek prowadzący przez Drawski Park Krajobrazowy. Planujemy zostać na polu biwakowym w Złocieńcu. Jednak czeka nas niemiła niespodzianka – pole nad Drawą jest, i to całkiem niezłe, ale toalety są zamknięte. Trzeba zadzwonić pod wskazany numer, tyle że telefonu nikt nie odbiera. Oprócz nas ten sam problem ma para kajakarzy z Niemiec. Zbliża się wieczór. Rozkładamy bezradnie ręce i ruszamy w drogę, kajakarze zostają, są zdecydowanie mniej mobilni.
Na Trasie Pojezierzy Zachodnich R20

Komfortowy Stary Szlak Kolejowy R15 zamieniamy na Trasę Pojezierzy Zachodnich R20. Pierwszy, dość przypadkowy kontakt z R20 mieliśmy w trakcie naszej wyprawy 3 lata temu. Za Złocieńcem znikają oznaczenia, a my ustawiamy nawigację na Drawsko Pomorskie. Kończy się dobra droga. Jedziemy drogą gruntową przez las i mamy wszystko, co jest dla niej typowe – piach, kamienie, koleiny, resztki bruku i podjazdy. Do Drawska zostało 5 kilometrów, ale niepewni campingu zostajemy na rozległej łące nad Drawą. Miejsce jest ciche i klimatyczne. Są łąki, pola, wiatraki i …żurawie.
Drawsko Pomorskie nie zachwyca, podobnie jak większość miast Zachodniopomorskiego. Zniszczenia dokonane pod koniec II wojny światowej i proces przejmowania tych ziem przez państwo polskie nie sprzyjały ani odbudowie, ani rozwojowi całego regionu. W 1945 roku Drawsko utraciło 50% zabudowy. O rekonstrukcji miasta nikt nie myślał, bo to przecież niemieckie! Bylejakość w odbudowie i brak troski o plan architektoniczny zadecydowały o dzisiejszym wyglądzie zarówno Drawska jak i innych miast Pomorza Zachodniego. Zaglądamy do kościoła pw. Zmartwychwstania Pańskiego i ruszamy w drogę.
Oznaczeń trasy nie ma, więc znowu trzeba się zdać na nawigację. Droga najpierw publiczna, ale nieuczęszczana, dalej prowadzi przez las, a tutaj jak to w lesie – koleiny, kamienie, piachy, górki i dołki. Kiedy na przeszkodzie stają gigantyczne kałuże o nieodgadnionej głębokości, próbujemy przeprowadzić rowery bokiem, pokonując różnice poziomów.
Z ulgą dojeżdżamy do asfaltowej drogi w Brzeźniaku. Obok zamkniętego kościoła pw. św. Mikołaja znajdują się pozostałości niemieckiego cmentarza, a wszędzie panuje idealny porządek.

Trasa do Ińska przebiega bez większych przeszkód. Najpierw to podrzędna droga, na której z rzadka wyprzedzają nas samochody. Od Storkowa mamy już szlak rowerowy wzdłuż drogi. A w samym Ińsku czeka nas trochę atrakcji. Po pierwsze, wieża widokowa nad jeziorem, na którą naprawdę warto się wdrapać (jest też winda), bo widoki są imponujące. Po drugie, plaża i punkty gastronomiczne cieszące się sporą popularnością.

Trasa Pojezierzy Zachodnich w tym rejonie jest na kilku odcinkach w budowie, a poziom zaawansowania prac jest bardzo różny. Korzystamy z fragmentów, po których da się jechać. W przyszłym roku będzie tu już doskonała trasa. Teraz pozostają bardzo dziurawe drogi, przed którymi ostrzegają tablice z napisem: Wyrwy! Zbliżamy się do Choszczna, gdzie nie bez problemu udaje się wreszcie załatwić spokojny nocleg.

Lubiana – odrobina przeszłości
Od Choszczna R20 prowadzi komfortowo po nasypach dawnej kolei. Po kilku kilometrach docieramy do miejsca absolutnie wyjątkowego. To Lubiana – dawna stacja węzłowa. Odnowiony budynek stacyjny zamieniony na dom mieszkalny otaczają stare wagony, wielka lokomotywa z węglarką, semafory i żurawie wodne do napełniania parowozów wodą, a obok licząca blisko sto lat czerwona londyńska budka telefoniczna i niewiele od niej młodsza niemiecka „Dekawka”. Ogromny stutonowy parowóz z 1943 roku przetransportowano tu za pomocą czterech ciężarówek i zmontowano na miejscu.
Gospodarzem tego skansenu jest pan Ryszard Kwieciński, który wyszedł, by nam o nim opowiedzieć. Pan Ryszard to człowiek o wielkiej pasji, z gatunku tych „pozytywnie zakręconych”. Za własne fundusze i dzięki ogromnemu zaangażowaniu kupił te wszystkie obiekty, by ocalić ślad po miejscu, które kochał już jako dziecko. Z zaangażowaniem opowiadał, jak przed wojną każdej nocy przejeżdżał tędy pociąg z cysterną na świeże mleko zbierane od okolicznych rolników i wiózł je do Berlina, by rankiem mogło trafić do sklepów i domów. Cieszy go ścieżka rowerowa, ale wolałby, aby przed stacją na prawdziwych torach zatrzymywały się prawdziwe pociągi.
Zaprasza do siebie. W jednym z wagonów udostępnia nawet miejsca noclegowe, nie pobierając za to żadnych opłat i broniąc się przed jakimikolwiek formami komercji.
I jeszcze R20
Odcinek z Choszczna do Trzcińska Zdroju, kolejny dzień naszej rowerowej trasy, wydaje się atrakcyjny głównie ze względu na leżące przy nim miejscowości Pełczyce, Barlinek , Myślibórz. W Pełczycach panuje wyjątkowa cisza, jakby wszyscy mieszkańcy skryli się w swoich domach. To jedno z wyludniających się stopniowo miasteczek w Zachodniopomorskiem. Zatrzymujemy się na chwilę przed pochodzącym z XIII w. kościołem pw. Narodzenia NMP.
Z kolei Barlinek tętni życiem. Poddajemy się miejskiej atmosferze – siadamy przed małą cukierenką, delektując się tortem czekoladowym i kawą, a że wszyscy wychodzą stąd z lodami, nie odmawiamy sobie i tego. Dla ochłody w upalny dzień mamy jeszcze zraszacz ustawiony na rynku.

W Myśliborzu odwiedzamy stałe punkty: kolegiatę św. Jana Chrzciciela, rynek (bardzo wybetonowany) z okazałym ratuszem i kaplicę św. Gertrudy, z którą powiązana jest historia litewskich pilotów tragicznie zmarłych podczas pionierskiego przelotu z Nowego Jorku do Kowna.
Niestety, kawałek za Myśliborzem kończy się luksusowa ścieżka po torach kolei. Jedziemy drogą, na której wprawdzie nie ma samochodów, ale dziury są straszne. Za głębokie, by przez nie przejeżdżać, zbyt liczne, b y je omijać. Z ulgą witamy tabliczkę Góralice przed Trzcińskiem, gdzie czeka na nas klimatyczny pensjonat. W dużym, wygodnym pokoju stoi stara maglownica, pełniąc funkcję stolika pod telewizor. Sympatyczna właścicielka opowiada historię rodziny przesiedlonej tutaj po wojnie z terenów Ukrainy. Druga odnoga to Sybiracy.


Prognozy mówią o załamaniu pogody, mają być burze i ulewne deszcze. Chcemy jednak domknąć pętlę Mostem Europejskim Siekierki-Neurüdnitz trasą po niemieckiej stronie. Wiemy, że to ponad 120 km, ale trasa jest łatwa, a my przyzwyczajeni do pedałowania. Z Trzcińska aż do granicy prawie cały czas biegnie wygodna rowerówka. Z żalem mijamy odbicia na Chojnę i Moryń, ale byliśmy tu w ubiegłym roku.


Nie zatrzymujemy się nawet przy stacji Klępicz, doskonałym punkcie odpoczynku dla rowerzystów. Na moście w Siekierkach pusto, a tuż za granicą nie ma znanego nam bufetu.


Ostatni akord wyprawy „Trasy rowerowe Pomorza Zachodniego” – trasa Odry i Nysy

Oder-Neiße-Radweg, którą przejechaliśmy w 2021 r., biegnie po wałach i przecina przygraniczne miejscowości. Dłuższą przerwę robimy w barze w Bad Freienwalde.
Wjeżdżamy do Gartz, by spojrzeć na zniszczony w 1945 r. kościół pw. św. Szczepana. Odbudowano go jedynie w części. Jedno skrzydło pełni funkcje sakralne, drugie jest domem kultury.
Po obu stronach granicy rozciąga się Park Krajobrazowy Doliny Dolnej Odry. Piękny las i ścieżka wiodąca między wzgórzami morenowymi prowadzą do Mescherin, niewielkiej miejscowości gdzie miesza się społeczność niemiecka i polska. W Gartz i Mescherin 15% populacji to Polacy. Z Meschrin już tylko rzut beretem do mostu na Odrze i Gryfina.

Zamykamy naszą pętlę w Pniewie. Przez tydzień przejechaliśmy 652 km. Zgodnie z planem objechaliśmy Pomorze Zachodnie, by przekonać się, jak wyglądają tworzone tu ścieżki rowerowe. I choć pracy jest jeszcze niemało, to jesteśmy pod wrażeniem. Kolejny wyjazd będzie inny – spróbujemy szukać wariantów, pętli, łączników, by uważniej przyjrzeć się miejscom, które teraz musieliśmy ominąć.













































