Zachęceni przez Szymona Nitkę i jego opis rowerowego szlaku wzdłuż Renu (od źródeł do Bazylei), postanowiliśmy spenetrować rowerową Szwajcarię. Jednak dysponując wolnym czasem, chcieliśmy znacznie rozszerzyć tę wyprawę i przejechać całe EuroVelo 15 od źródeł Renu aż do samego ujścia w Rotterdamie z finałem w Amsterdamie. Trasa miała być bardzo długa, bo Ren jako druga co do długości rzeka w Europie Zachodniej liczy 1233 km. Jej część pokonaliśmy podczas naszej podróży z Koblencji wzdłuż Renu i Mozeli. Teraz całość dzieliliśmy na trzy zasadnicze etapy: od źródeł do Bazylei, z Bazylei do Kolonii i z Kolonii do Amsterdamu, zakładając, że zajmie to blisko 4 tygodnie. Ambitne plany pokrzyżowała pogoda. Fala czerwcowych upałów zmusiła nas do odwrotu. Mamy za sobą etap szwajcarski – do Bazylei – mapa trasy – rowerem wzdłuż Renu. Reszta będzie później!


Trochę logistyki
Potrzeba trochę zachodu, aby dostać się do Andermatt, gdzie EV15 ma swój początek. W trzy osoby samochodem dojeżdżamy się do Lörrach w Niemczech, niedaleko Bazylei. To tutaj na parkingu zostawiamy auto – jest zdecydowanie taniej niż w Szwajcarii. Pakujemy sakwy na rowery i ruszamy na dworzec kolejowy w Bazylei – 10 km w porannym chłodku. Z dworca Koleje Retyckie wiozą nas z dwiema przesiadkami do celu. Jest poniedziałek, połowa czerwca, a więc przed sezonem.

Sprawdza się legenda o punktualności szwajcarskich pociągów, ale miejsc na rowery jest w nich za mało. 3-4 stanowiska w wagonie, a chętnych zdecydowanie więcej i chociaż wszyscy się zmieścili, to trzeba było pozostać przy rowerach na stojąco. Niewygody podróży po nocy w samochodzie rekompensują jednak ekscytujące, alpejskie widoki. Ostatni odcinek z Göschenen do Andermatt jedziemy koleją zębatą, która powoli pnie się w górę. Most Diabła z okien kolei prezentuje się spektakularnie, nie do opowiedzenia.

W sercu Alp
W Andermatt na dobre zaczyna się nasza reńska przygoda. Blisko 200 lat temu odwiedzał je Goethe, głosząc, że to najpiękniejsze miejsce na ziemi. Jego śladem podążamy na Teufelsbrücke – Most Diabła w wąwozie Schöllenen. To miejsce uważane już od czasów starożytnych za jedną z najtrudniejszych przepraw przez Alpy. Pierwszy drewniany most łączący pionowe skały nad huczącą w dole rzeką Reuss wybudowano nadludzkim wysiłkiem w XIII wieku, ale nie utrzymał się długo.

W wieku XVI w wąwozie powstała konstrukcja kamienna, w czym dopomógł sam diabeł. Za trzy dni roboty, bo tyle czasu zajęła mu budowa, miał otrzymać duszę pierwszej istoty, która przejdzie przez most. Musiał być bardzo rozsierdzony, gdy mieszkańcy Andermatt na most wprowadzili kozła. Obecna najstarsza część mostu pochodzi z 1830 roku, a nowsza, betonowa z 1956.
Okazały pomnik i tablica pamiątkowa przypominają o wydarzeniach, jakie rozegrały się tu w 1799 r. W wąwozie Schöllenen starły się wojska napoleońskie i armia rosyjska. Na czele wojsk rosyjskich stał gen. Aleksander Suworow, ten sam, który pięć lat wcześniej krwawo zdusił powstanie kościuszkowskie, doprowadzając w Warszawie do „rzezi Pragi” i śmierci 20 tys. cywilów. Suworow przeprowadził swoje wojska przez Most Diabła i znalazł bezpieczne miejsce nad Jeziorem Bodeńskim. Jeden z najpiękniejszych domów w Andermatt to dom Suworowa.
Podziwiamy stare zabudowania pamiętające kupców i przybyszów sprzed wielu wieków. W maleńkiej, urokliwej osadzie niema tłumów. Szczyt sezonu dopiero nadejdzie. Są za to dźwigi i hałaśliwe prace budowy. Jeden z egipskich inwestorów postawił sobie za cel stworzenie w Andermatt prężnego i luksusowego ośrodka narciarskiego. I wszystko wskazuje na to, że uda mu się tego dokonać.
Cel – Oberalppass 2046m
Ponieważ pora jest wczesna, a camping rozrzucony po dwóch stronach ruchliwej drogi nie wygląda zachęcająco, wsiadamy na rowery. Trzeba zmierzyć się z najbardziej wymagającym podjazdem całej trasy EV15 – niecałe 11 kilometrów z przewyższeniem ponad 600m na Oberalppass. I nie ma nawet kawałka, gdzie droga biegłaby poziomo. Trudy podjazdu ma łagodzić świadomość, że drugiego takiego nie będzie. Organizm jeszcze się nie przyzwyczaił do jazdy na rowerze, a ten jest przecież obciążony sakwami. W dodatku mamy za sobą trudy podróży trwającej 24 godziny.
Droga z Andermatt pnie się pod górę ciasnymi serpentynami. Jest bardzo malownicza, choć w tych okolicznościach trudno ją podziwiać. Mięśnie palą, a po trzech kilometrach są już ścięte przez skurcze. Na przełęcz wjeżdżam półżywa. To w pobliżu Oberalppass znajdują się źródła Renu. Na przełęczy sporo ludzi. I chyba każdy robi sobie zdjęcie przed tablicą z określeniem wysokości 2046 m npm. Tuż obok znajduje się miniatura latarni morskiej, tej, którą można zobaczyć przy ujścia Renu do Morza Północnego.
Z Oberalppass już tylko w dół, 10 kilometrów do najbliższego campingu Viva w Rueras przed Sedrun. Na serpentynach z zakrętami o 180 st. trudno się rozpędzić, rowery z sakwami bujają się na boki. Trzeba się do nich przyzwyczaić. Ruch samochodowy zmusza, by trzymać się krawędzi drogi.
Camping Viva położony jest nisko, nad rzeką, w malowniczym miejscu. Jego gospodyni poleca ożywczą kąpiel w zimnej wodzie jako środek na ból nóg. Z rady ochoczo korzysta Andrzej, choć woda w Renie nie sięga nawet kolan. My wybieramy ciepły prysznic. Zmęczeni po całym dniu zasypiamy, a Ren szumi nam do snu.

„Z górki” nie znaczy „lekko”
Do campingu zjechaliśmy w dół nad rzekę, a że nie ma nic za darmo – teraz trzeba jechać pod górę. I choć tego dnia drogi w dół może i jest więcej, to mam wrażenie, że ciągle podjeżdżamy, i to bardzo mozolnie. Trasa do Disentis prowadzi w dół drogą publiczną, w dość nasilonym ruchu samochodowym.
Zatrzymujemy się przy opactwie benedyktynów, którego historia sięga VIII w. , a które dziś pełni funkcję duchowego centrum edukacyjnego. Zwiedzamy klasztor i salkę pełną obrazków wotywnych z przejmującymi ilustracjami. Nowoczesny konfesjonał w kościele to zamknięta przestrzeń bez tradycyjnej kraty dzielącej spowiednika od osoby przystępującej do spowiedzi. Jest stół, a obok dwa krzesła.
Za Disentis szlak rowerowy odbija od szosy i prowadzi przez maleńkie osady trawersem wzdłuż Vorderrhein (tzw. Ren Przedni). Nieutwardzona, wysypana kamieniami droga to pnie się w górę, to gwałtownie opada na dół. Za to widoki oszałamiające. Jedziemy bardzo powoli. Chwilami tempo mamy takie, jakbyśmy trasę pokonywali na piechotę.
Zakładaliśmy, że dotrzemy do Chur i choć nie zatrzymujemy się w Trun ani w Ilanz, to i tak trzeba zrewidować plany. Docieramy tylko do campingu w Carrera, niewielkiego, przytulnego, z bufetem. Obok nas swój maleńki namiocik rozbiła młoda dziewczyna, która wędruje po okolicach, realizując szkolny projekt dotyczący języka retoromańskiego charakterystycznego dla tego regionu Szwajcarii (jesteśmy w Gryzonii). Przejechaliśmy zaledwie 54 km z sumą przewyższeń prawie taką jak dnia poprzedniego.
Wzdłuż Vorderrhein – szwajcarski Wielki Kanion
Vorderrhein i Hinterrhein (Przedni Ren i Tylny Ren) to dwie górskie rzeki, które po połączeniu tworzą jedną z najpotężniejszych rzek Europy. Szlak rowerowy podąża wzdłuż tej pierwszej, a my podziwiamy zjawiskowe przełomy i wąwozy otoczone strzelistymi, pionowymi skałami.

Od campingu Carrera droga prowadzi nadal pod górę na wysokość blisko 1000 m npm, a wokół roztaczają się niesamowite widoki. Zatrzymujemy się w kolejnych punktach, by się napatrzeć, bo zdjęcia nie oddają tego spektaklu. Nigdy dotąd górskie krajobrazy nie wydawały mi się tak oszałamiające. Na serpentynach mijają nas głównie motocykliści, ale są też grupki rowerzystów, w większości bez sakw. Atrakcją są też tunele i przekute skały.
Za miejscowością Versam serpentynami dojeżdżamy do starego mostu na rzece Rabiusa, zamkniętego dla ruchu samochodowego od 2012 r., dziś już wyłącznie pieszo-rowerowego. Pod nami głęboki wąwóz Versamer z gigantycznymi, pionowymi klifami i maleńką rzeką pomiędzy nimi. To przedsmak tego, co czeka nas za kilka kilometrów, gdy na jednym z punktów widokowych odsłoni się przed nami Wąwóz Reński, inaczej Wawóz Ruinaulta, mający 13 km długości. Prawie 10 tys. lat temu postało tu gigantyczne osuwisko, w którym potem przez wieki Ren żłobił swoje koryto. Błękit pogodnego nieba doskonale współgra z niebieskimi wodami rzeki otoczonymi bielą czterystumetrowych skał i zielenią lasów.
Droga pozwala na długi komfortowy zjazd do Bonaduz, prowadząc dalej przez coraz szerszą dolinę do Reichenau, miejsca ważnego dla naszej trasy. To tutaj spotykają się wody Vorderrhein i Hinterrhein, tworząc właściwy Ren, który staje się już wielką rzeką. Jeszcze jeden krótki 12-procentowy podjazd po lewej stronie Renu i prostą drogą zmierzamy do Chur.

Chur to najstarsze miasto Szwajcarii. Tereny te zamieszkiwane były przez Retów i podbite przez starożytnych Rzymian. Potomkowie Retów od wieków pielęgnują język retoromański. W V wieku miasto było już siedzibą chrześcijańskiego biskupstwa. Stało się też zalążkiem Gryzonii, jednego z kantonów Konfederacji Szwajcarskiej. Odwiedzamy stojącą obok Pałacu Biskupiego katedrę pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP z gotyckim ołtarzem w formie tryptyku i romańską kryptą.

Zaglądamy do kościoła św, Marcina przebudowanego po wielkim pożarze miasta w XV w. Nabieramy wodę z barokowej fontanny usytuowanej tuż obok. Dzień jest upalny, a w Szwajcarii w fontannach wąskimi kranikami płynie woda pitna, z czego korzystają wszyscy. Przy jednej z głównych ulic znajduje się XV-wieczny, kolorowy budynek ratusza.
Zrobiło się już zdecydowanie późno, a przed nami jeszcze sporo kilometrów. Pamiętamy o tym, że wprawdzie czerwcowe dni są bardzo długie, ale recepcje na campingach zamykają się wcześnie, a nocowanie na dziko w Szwajcarii w ogóle nie wchodzi w grę. Mijamy pospiesznie Bad Ragaz, choć to stare uzdrowisko, rezygnujemy z Sargans, tylko przejeżdżamy przez Ren, wjeżdżając do Liechtensteinu. Na moście ani w jego okolicy nie ma żadnego oznaczenia granicy państwa.

Tym razem namioty rozbijamy na campingu w Liechtensteinie. Na kąpiel w basenie już za późno – zamknięty. Szkoda, bo usytuowany w nadzwyczaj malowniczym punkcie. Jest wi-fi i piwo na ugaszenie pragnienia po dniu w upale. A ceny nieco niższe niż w Szwajcarii.
Świat bez granic
Wyjeżdżamy z campingu. Do Vaduz mamy 8 km. Stolicę Liechtensteinu traktujemy jak ciekawostkę, nie oczekując zbyt wiele. Przy głównej ulicy miasta liczącego mniej niż 6 tys. mieszkańców znajdują się jego najważniejsze obiekty – neogotycka katedra św. Floriana z arcyksiążęcą kryptą grobową, budynek instytucji rządowych i liczący niecałe sto lat ratusz.
Na wysokim zboczu usytuowany jest gotycki zamek pełniący funkcję rezydencji księcia Liechtensteinu. Tam każdego roku w sierpniu podczas narodowego święta mieszkańcy mogą skosztować win z książęcej winnicy. Ulica jest bardzo zadbana i czysta, a uwagę przyciągają sklepy z markowymi zegarkami szwajcarskimi i salony samochodowe najbardziej znanych marek. 3 franki kosztuje pieczątka w paszporcie potwierdzająca pobyt w tym wyjątkowym państwie – nie mamy ze sobą paszportów!


Z Vaduz przejeżdżamy do Schaan i stąd mostem na Renie do szwajcarskiego Buchs. Tym razem na środku mostu znajdowały się tablice graniczne. Krótką przerwę robimy w malowniczym Werdenbergu. Siedzimy w restauracji nad niewielkim jeziorkiem, naprzeciw wzniesienia z zamkiem i kolorowymi domami poniżej jego murów. Widok jak na okładkę folderu.

Jest niemiłosiernie gorąco, a nad szutrową drogą unosi się biały kurz. Podążamy na północ wzdłuż Renu. Po obu stronach rzeki prowadzą trasy rowerowe, po jednej szwajcarska, po drugiej austriacka. Zmieniamy stronę, ale na konkretne jedzenie nie ma co liczyć – pora obiadowa już minęła i kuchnie restauracji są nieczynne. Wracamy do Szwajcarii.
Ujście Renu do Jeziora Bodeńskiego coraz bliżej. Zmierzamy prosto na camping Fussach, a właściwie Rohspitz. Dopiero w recepcji zorientowaliśmy się, że znów jesteśmy w Austrii. Camping jest wielki, ale miejsc na namioty niewiele. Wypełniają go kampery i stojące tu na stałe przyczepy z zagospodarowanymi miniaturowymi ogródkami. Taka zachodnia moda na letni wypoczynek. Wieczorem w Jeziorze Bodeńskim nikt się nie kąpał. Andrzej spróbował tej sztuki, ale woda nie sięgała mu nawet do kolan, mimo że odszedł daleko od brzegu.
Nad Jeziorem Bodeńskim
Jezioro Bodeńskie jest dla mnie w pewnym sensie miejscem mitycznym, może dzięki czytanej dawno temu powieści Stanisława Dygata. Teraz jedziemy przez nadbodeńskie kurorty, ciesząc się każdym kilometrem. Nad nami latają sterowce.

Pierwszym miastem jest Rorschach z jego ratuszem, urokliwymi kamieniczkami i spichlerzem przy stacji kolejowej. Na chwilę zatrzymujemy się obok gigantycznego szklanego Forum Würth, jednej z trzech takich galerii sztuki. Niestety, stuletnie drewniane kąpielisko, jedno z najstarszych tego typu na świecie, było akurat w remoncie.

Spacerujemy stromymi uliczkami niewielkiego Arbon, podziwiając szachulcową architekturę starych domów. Trochę czasu zajmuje nam wizyta w muzeum motoryzacyjnym Saurera. Saurer to nazwa działającej m.in. w Arbon szwajcarskiej firmy specjalizującej się w produkcji samochodów ciężarowych o bardzo różnorodnym przeznaczeniu – cystern, wywrotek, autobusów, samochodów pocztowych, strażackich i wojskowych znanych z niezawodności. To tutaj Diesel skonstruował swój pierwszy silnik wysokoprężny. Ale oprócz samochodów oglądamy też wielkie maszyny, które przed laty produkowały …misterne koronki.
Z godziny na godzinę rośnie upał. Robimy sobie dłuższą przerwę, wjeżdżamy na camping przy jeziorze, chowając się pod daszkiem baru. Woda w jeziorze jest ciepła, ale działa orzeźwiająco. Trudno stąd ruszyć na trasę, gdzie nie ma odrobiny cienia, ale trzeba się zbierać – kilometry same się nie przejadą.
Zmierzamy do Konstancji, miasta podzielonego na część szwajcarską (Kreuzlingen) i niemiecką, choć granicy tu po prostu nie widać. Zwiedzanie Konstancji trudno uznać za udane. Przejeżdżamy przez zatłoczone zabytkowe centrum. Po stronie niemieckiej odnajdujemy Katedrę pw. Najświętszej Marii Panny, której historia liczy już 1300 lat. Trafiamy pod dom Jana Husa, spalonego na stosie podczas soboru właśnie tutaj, w Konstancji. Zatrzymujemy się na chwilę, by posłuchać standardów granych radośnie przez jazzowy big band. Na niebie zbierają się ciemne chmury, zwiastując burzę, opuszczamy więc z żalem miasto i spieszymy na nocleg.
Nie bez problemów udaje się nam zlokalizować camping kilka kilometrów dalej w Ermatingen, ale miejsce wydaje się bardzo niepewne. Nawigacja prowadzi nas pod górę, drogą z nachyleniem sięgającym 10 %. Pada deszcz, a my jedziemy coraz wyżej, przekonani, że to jakieś nieporozumienie. Na wzgórzu polna droga zdaje się zanikać i wtedy wyłaniają się trzy kampery obok dużego gospodarstwa.

Nie musimy rozbijać namiotów. Gospodarz oferuje nam nocleg pod dachem w dość osobliwym pomieszczeniu. Są tam ustawione rzędem piętrowe łóżka, a obok na podłodze boksy wypełnione słomą. Patrzymy na to ze zdumieniem, ale nie odmawiamy. Są przyzwoite łazienki, sala z zapleczem kuchennym, gdzie można przygotować posiłek, ekspres do kawy i barek, a w nim wszystko, czego potrzebujemy. To tutaj trafiamy na pyszny cydr, którego smak po upalnym dniu pamiętam do dziś.

Rano wita nas piękne słońce i wydzierający się wniebogłosy kogut. Kawa z widokiem z góry na Jezioro Bodeńskie smakuje wybornie. Nisko nad domem przelatuje sterowiec. Wkoło nas toczą się przygotowania do ślubnej uroczystości, która ma się tu odbyć za kilka godzin. Zbieramy się leniwie. Upał kolejnego dnia dopiero się zacznie.
Znowu wzdłuż Renu
Szybko pokonujemy ostatnie kilometry ścieżki prowadzącej wzdłuż Jeziora Bodeńskiego, a właściwie jego przedłużenia, Rheinsee. Z jego zachodniego krańca wypływa znowu Ren i nadal jest niebieski. To coś, co nas zdumiewa. Długość Renu do jeziora to 170 kilometrów, a rzeka jest cały czas czysta i intensywnie błękitna. Wypływając po 130 kilometrach, bo takie długie jest Bodensee, kolor Renu pozostaje taki sam. Woda jest czysta i ciepła, idealna do kąpieli.

Wjeżdżamy do Stein am Rhein, dla nas najpiękniejszego miasteczka na całej trasie. Trudno się dziwić tłumom ludzi na głównym placu i w bocznych uliczkach. Przez Rheinbrucke przedostajemy się na prawy brzeg Renu. Tuż przed miasteczkiem przebiega granica z Niemcami. W 1945r. zostało ono omyłkowo zbombardowane przez wojska alianckie. Zabytkowe centrum jest niewielkie – główna ulica ciągnie się od bramy wjazdowej z wieżą zegarową do małego placu z ratuszem. A jest na co patrzeć!
Zabytkowych obiektów jest tu kilkadziesiąt. To piękne, stare, nierzadko drewniane domy z wykuszami i bogatymi malowidłami na fasadach. Elewacja najstarszego z nich, Zum Weissen Adler (pod Białym Orłem) pochodzi z 1520r., stanowiąc „humanistyczne kazanie dla świeckich”. Ilustruje ludzkie cnoty i wady, nabierając moralizatorskiego charakteru. Chciwość, przebiegłość i głupotę stawia obok miłości, prawdy i zgody.

Tuż obok zachwyca kolorowy ratusz z malowidłami z XIX w przedstawiającymi sceny związane z historią miasta. Pobliską fontannę oblegają tłumy ludzi, Którzy szukają ochłody i sięgają po wodę do picia. Zaglądamy jeszcze do kościoła i klasztoru św. Jerzego (Kloster St. Georgen). Naszą uwagę przyciąga gigantyczna prasa do wina.

Zwiedzanie miast w 37-stopniowym upale to nie lada wyzwanie, zatrzymujemy się jednak w Szafuzie (Schaffhausen), stolicy kantonu, by choć trochę poznać miasto wykuszy. Ponoć znajduje się ponad 170 średniowiecznych okien wykuszowych. I rzeczywiście jest pięknie.

Błądzimy po uliczkach starówki, próbując odnaleźć najważniejsze punkty z mapy: bogato zdobiony budynek miejskiego ratusza, Dom pod Rycerzem, Kościół św. Jana wielokrotnie przebudowany podczas swojej 1000-letniej historii. Najpiękniejsze są kamieniczki, które dziś świadczą o zamożności dawnych mieszkańców. Na jednym z placów rozbrzmiewają jazzowe standardy grane przez kilkoosobowy zespół.
Nad miastem góruje 700-letnia twierdza Munot uznawana za jego symbol. Wspinamy się do niej po schodach wśród winnic. Panorama miasta jest stąd naprawdę imponująca. Twierdza ma kształt okręgu, a jej mroczne, kamienne wnętrze poniżej poziomu gruntu jest chłodne i ledwie rozświetlone przez promienie słońca wpadające przez świetliki wykute w sklepieniu. Na zewnątrz panuje taki skwar, że chcielibyśmy zostać tu na dłużej. Opuszczając miasto, patrzymy z zazdrością na tych odważnych albo zdeterminowanych, którzy kąpią się w miejskich fontannach. No bo właściwie, czemu nie!

Tego dnia czeka nas jeszcze jedna atrakcja – Rheinfall, największy wodospad w Europie. Rowerami trzeba podjechać na okazałe wzgórze z zamkiem Laufen w Neuhausen i stąd można cieszyć się prawdziwym spektaklem natury. Bilet kosztuje 5 franków, ale wrażenia są bezcenne i niezapomniane. Wodospad można oglądać z pięciu platform na różnych wysokościach.

Rheinfall to gigantyczny 150-metrowy próg skalny, po którym spływają wielkie masy wody, 600 tys. l/s. I choć 23 metry wysokości nie robi tak wielkiego wrażenia, to o ilości spienionej wody, jej dynamice i potężnym szumie nie da się opowiedzieć. Patrzymy z góry na statki wycieczkowe podpływające blisko wodospadu, słysząc krzyki rozemocjonowanych pasażerów. Z żalem opuszczamy to miejsce, ale przed nami jeszcze droga na nocleg.
Na camping TSC w Flaach docieramy dość późno, na szczęście miejsca na namioty jest tu bardzo dużo. Basen już zamknięty, ale jest Ren. Bardzo długie pole namiotowe wyznacza granice kąpieliska – wchodzimy do wody z jednej strony, a po spłynięciu kilkuset metrów wychodzimy z drugiej. Woda w Renie jest czysta i ciepła. Brakuje stołu, ale śniadanie na trawie też ma swoje uroki.
Do Bazylei
Upały, które swoim zasięgiem objęły niemal całą Europę, bardzo się nam dają we znaki. Wstajemy zdecydowanie wcześniej, by wykorzystać poranny chłód, ale o 9.00 jest ponad 30 stopni. Już poprzedniego dnia jadąc prawym brzegiem Renu wielokrotnie przekraczaliśmy granicę szwajcarsko-niemiecką, nawet co kilometr. Trasy rowerowe prowadzą po obu stronach rzeki, więc możemy wybierać sobie kraj.


Widać to zresztą tylko na mapie, bo słupków granicznych nie ma, język też ten sam. Teren jest pofałdowany, więc każde odbicie od Renu oznacza podjazdy. Powietrze parzy, a ulga w cieniu jest chwilowa. Mijamy Kaiserstuhl, Bad Zurach i Koblenz, a w Laufenburgu przejeżdżamy na stronę niemiecką. Najbardziej interesujące wydają się fontanny. Chłodzimy w nich ręce i twarze. Ciepłą wodę z bidonów wymieniamy na chłodniejszą.
Nocleg znajdujemy w ośrodku sportów wodnych w okolicy Murg. Obok nas namiot rozbija Amerykanin, który rozpoczął swoją rowerową przygodę w Maroku i przez Hiszpanię, Portugalię, Francję i Niemcy zmierza do Zurychu. Cztery miesiące podróży. Posilamy się w miejscowym barze, powoli odzyskując siły.

Kolejnego dnia wyjeżdżamy jeszcze wcześniej, poprzestając na porannej kawie. W Rheinfelden wracamy na lewą stronę Renu do Szwajcarii. O 11.00 jest tak gorąco, że decydujemy się przeczekać najbliższe godziny w ośrodku wypoczynku w niewielkim miasteczku przed Bazyleą. Jest tu duży basen – raczej dla dzieci, bo głębokość wody nie przekracza metra, ale jest też Ren, w którym na własną odpowiedzialność kapią się dorośli. Jest też bar, w którym można ugasić pragnienie i coś przekąsić. A że przyjemności nie mogą trwać wiecznie, to wsiadamy na rowery.

Dość szybko docieramy do Bazylei, w której zgodnie z przewidywaniami panuje nieznośny upał. Ścieżka do centrum prowadzi wzdłuż Renu. Potwierdzają się opowieści o szwajcarskiej modzie na spływanie rzekami. Ludzie wyposażenie w hermetyczne worki pakują do nich swoje rzeczy, zarzucają je na ramię i wchodzą do rzeki, żeby spływać z prądem. Płyną tak kilometr, dwa, pięć… w towarzystwie znajomych, rodziny, samotnie, czasem z psem (na deseczce). W zasadzie nie płyną, niesie ich woda. Wychodzą z wody, przebierają się i wracają do domu. W Renie jak okiem sięgnąć widać setki ludzi z kolorowymi workami. Płyną, płyną, płyną… I najważniejsze – 400 km. od źródeł Ren jest czysty i błękitny!
Na zwiedzanie Bazylei jest trochę za późno. Kręcimy się na wzgórzu katedralnym, najstarszej części miasta, podziwiając panoramę Bazylei, przechodzimy krużgankami obok wirydarza, ale katedra jest już zamknięta. To wielkie rozczarowanie, bo wiele o niej czytaliśmy. Przed katedrą znajduje się zabytkowy budynek gimnazjum. Nauczycielem był w nim Fryderyk Nietzsche, a uczniami Carl Gustaw Jung i Alfred Dreyfus. Podczas rowerowego spaceru po starym mieście odnajdujemy dwie okazałe rezydencje: Niebieski i Biały Dom należące niegdyś do bogatych kupców handlujących jedwabiem.

Trochę błądzimy, pchając rowery po stromych uliczkach, ale wreszcie trafiamy na rynek miejski (Marktplatz). Tutaj znajduje się ratusz liczący ponad 500 lat. Budynek przyciąga uwagę kolorową fasadą i bogatymi zdobieniami, oryginalną wieżą i wykuszem. Wśród postaci obok zegara jest Maryja, co ciekawe – z mieczem w dłoni. W dobie reformacji, która walczyła z kultem maryjnym, władze miasta zdecydowały się na to, by pozbawić Maryję dzieciątka. I tak historyczna rzeźba pozostała, a reformatorzy nic do tej postaci nie mieli. Dla turystów dostępny jest też dziedziniec ratusza zaskakujący zdobieniami, malowidłami i okazałymi schodami prowadzącymi na piętro.
I na tym właściwie nasza przygoda z Bazyleą się kończy. Chcieliśmy jeszcze spróbować lokalnych ciasteczek Läckerli, ale sklep był już zamknięty. Może i lepiej, bo ceny w tych z szwajcarską czekoladą były kosmiczne.
Ze względu na 40-stopniowe upały, które mają trwać jeszcze tydzień, decydujemy się na powrót do domu. Jedziemy do Lörrach i pakujemy rowery. Nie będzie całego Renu, zrobimy go w częściach. Wrócimy do Bazylei i nadrobimy zaległości, a potem ruszymy na północ.
- Podczas wyprawy korzystaliśmy z przewodnika Rhein-Radweg/1 wyd. bikeline
- Przejechaliśmy rowerami 510 km – mapa wyprawy Szwajcaria – rowerem wzdłuż Renu
- Więcej zdjęć można znaleźć w albumie GooglePhotos: Szwajcaria – rowerem wzdłuż Renu























































































