Spływ Czarną Hańczą zaskoczył nas samych – niespodziewana zmiana planów trzy dni przed wyjazdem i nastawienie, że ma być lekko, urlopowo, beztrosko i powoli. Po samej rzece nie oczekiwaliśmy niczego zaskakującego. Po raz pierwszy płynęliśmy nią 34 lata temu, robiąc pełną pętlę z PTTK w Starym Folwarku, z Rospudą i Blizną. Niektórzy z ekipy byli przed laty organizatorami studenckich spływów na Hańczy. Ostatni raz płynęliśmy nią na początku pandemii w 2020 roku.
Teraz mamy po prostu pobyć razem! A do tego Czarna Hańcza nadaje się doskonale – spokojny nurt, żadnych przeszkód i przenosek, dużo biwaków i malownicze krajobrazy.

Ruszamy z Czerwonego Folwarku, z biwaku „w rozbudowie” przy wypożyczalni „Akajak”. Jest nas 21 osób (trzy pokolenia) w kajakach i kanadyjkach.

Od samego początku przyjmujemy świętą zasadę „oszczędzania rzeki”. Odcinki muszą być krótkie, w dodatku dopełniane przerwami. Od rana zbieramy się leniwie, gawędzimy przy kawie, a niespiesznemu zwijaniu namiotów towarzyszą dźwięki gitary.

Wieczorami powtarzamy ten sam rytuał – trzeba rozpalić ognisko, na którym pyrkoli strawa przygotowywana w kociołku przez kolejne ekipy. A z roku na rok potrawy coraz wymyślniejsze, nawet z deserem. Potem gitara i leniwy wieczór, tylko rozmowy coraz krótsze. Gdzie te czasy, kiedy mogliśmy noc przegadać do rana!

Zaskoczeniem okazała się stosunkowo niewielka liczba kajakarzy na rzece. Spodziewaliśmy się tłumów na wodzie i tłoku na biwakach, a tu nic takiego. Regularnie mijaliśmy się z kilkoma grupami, serdecznie pozdrawialiśmy tych, którzy przepływali obok nas, ale nic nie zakłócało spokojnej i kameralnej atmosfery spływu.
Miejscowi żalili się wprawdzie, że sezon słaby, a turystów skutecznie odstraszyła kapryśna aura tegorocznego lata, ale dla nas to akurat było zaletą rzeki. A Czarna Hańcza jest naprawdę nadzwyczaj malownicza!
Przepłynięcie odcinka z Czerwonego Folwarku do Kanału Augustowskiego zajęło nam ponad trzy dni z biwakami na Bindużce, pod Chylinkami i na biwaku „Pod Skarpą” przed Mułami (okolice Dworczyska). Bilety do Wigierskiego Parku Narodowego kupiliśmy na starcie w wypożyczalni kajaków, ale można to zrobić on line. Polecamy z całego serca Bindużkę – malowniczy biwak w WPN, czysty, z kilkoma wiatami, systematycznie opróżnianymi koszami na śmieci, drewnem na ognisko i naprawdę schludnymi sławojkami. W pobliskim domu zaopatrujemy się w wodę, a gospodyni oferuje nam rano pyszne jagodzianki.
Odwiedził nas tam sympatyczny młody leśnik z WPN, który opowiadał o zwierzętach spotykanych w okolicznych lasach i o nakręcanych przez media wyolbrzymianych problemach z nielegalnymi imigrantami. Opłatę za nocleg (15 zł/os) przekazuje się przez stronę internetową WPN i można to zrobić po spędzonej tu nocy. Na miejscu byłoby to dość trudne, bo o dostępie do jakiejkolwiek sieci internetowej lepiej tu zapomnieć. Podobnie jest zresztą na całej trasie.
Kiedy płynęliśmy Hańczą po raz pierwszy, rozbijaliśmy się na łączkach nad rzeką, nie wydając na noclegi ani złotówki. Teraz niemal każdej łąki broni tabliczka „Teren prywatny”. Są za to pomosty, wiaty, miejsca na ognisko i toy toye. Bardzo polecamy biwak „Pod skarpą” przed Dworczyskiem. Gospodarze oferują dużą oświetloną wiatę, prąd do naładowania telefonów, a nawet saunę. Są życzliwi i uczynni – gotowi zrobić zakupy i upiec jagodzianki. Tych ostatnich jest zresztą na całej trasie wyjątkowo dużo, chyba więcej niż chętnych.

Na Kanale Augustowskim największą atrakcję stanowią śluzy, a na naszym odcinku jest ich siedem. Najbardziej okazała, Paniewo, to śluza dwukomorowa o prawie siedmiu metrach różnicy poziomów. Sam kanał ma już prawie 200 lat, a jego budowa rozpoczęła się w 1824 r. Jednym z jego twórców był inżynier generał Ignacy Prądzyński, którego nazwisko kojarzy mi się przede wszystkim z powstaniem listopadowym. Długie, proste odcinki pozbawione nurtu mogą się wydawać nieco monotonne, ale są bardzo malownicze, zwłaszcza kiedy pokonywaniu kolejnych kilometrów towarzyszą serdeczne pogawędki.
Kanał Augustowski prowadzi przez jez. Mikaszewo, kilka małych jeziorek i Jezioro Studzieniczne do śluzy w Przewięzi. To 27 km kajakowego szlaku. Na ostatnie z tych jezior mogą wpływać nawet statki wycieczkowe z pobliskiego Augustowa, bo jakoś mieszczą się w niezbyt szerokiej śluzie. Na Jeziorze Studzienicznym cieszyliśmy się ostatnimi chwilami spokoju, a podczas rytualnej „whisky na wodzie” nie wiedzieliśmy, co nas czeka za Przewięzią.

Niestety, jeziora Białe i Rospuda to świat obcy kajakarzom, opanowany bez reszty przez skutery wodne, ślizgacze i łodzie motorowe. Najmniej przeszkadzał nam wiatr, który wiał prosto w twarz – po prostu trzeba mocniej wiosłować. Gorzej było znieść huk silników i zapach spalin. Skutery przepływały tuż obok nas, czasem zdecydowanie za blisko, wywołując całkiem spore fale atakujące nas z kilku różnych kierunków. Pominę szczegóły – dla kogoś, kto stoi za kierownicą takiego ślizgacza, może to jest zabawne, dla kajakarzy, którym woda wlewa się przez burtę, już niekoniecznie. Te dwa jeziora aż do Gołej Zośki to 10 km. Tylko czy aż?


Ostatni nocleg na wielkim polu namiotowym w Gołej Zośce też nie był dobrym doświadczeniem. Wprawdzie biwak położony jest ładnie, na pagórkowatym terenie wśród drzew, ale smród z toy toyów i nocne hałasy potwierdziły, że takich miejsc trzeba unikać jak ognia, zwłaszcza w weekendy. Zawsze znajdzie się grupa, która akurat świętuje czterdzieste urodziny, pije i wrzeszczy bez umiaru, obrzuca ordynarnymi wyzwiskami tych, którzy zwracają uwagę, i reaguje dopiero na interwencję policji.


Relacja”petarda” (słowo spływu). Zapamiętamy miejsca i sytuacje 😁
Super relacja. Też tam byłam miód i wino piłam😀