Kajakiem po Salci i Mereczance 2026

Po doświadczeniach sprzed dwóch lat, kiedy to podczas spływu litewską Mereczanką [link] rzeka niespodziewanie zniknęła, zamieniając się w trudno dostrzegalny ciek płynący wśród gęstych łozin, pozostało nam uczucie niespełnienia. O powrocie na Mereczankę i cudownym odnalezieniu feralnego odcinka kajakowego szlaku nikt raczej nie marzył, ale jest jeszcze Salcia, lewy dopływ Mereczanki, alternatywa tamtego fragmentu. Zresztą, lubimy Litwę. O naszym upodobaniu do litewskich rzek może świadczyć fakt, że „Kajakiem po Salci i Mereczance” jest naszym szóstym litewskim spływem, poprzednie zorganizowaliśmy w latach 2002, 2007, 2016, 2023 i 2024.

Gdzieś na Salci

Decyzja o spływie Salcią (litewskie: Šalčia czy też Sołcza) pozwalała na powrót w ten sam rejon Litwy i dawała szansę na dopłynięcie Mereczanką (litewskie: Merkys) do samego Niemna, co było przecież naszym celem dwa lata temu. Zwyczajowo wybór rzeki jest w naszej ekipie decyzją podejmowaną jednoosobowo, przez wskazanego wcześniej komandora spływu i z jego postanowieniem po prostu się nie dyskutuje. Zresztą liczba 25 uczestników to dowód pełnej akceptacji i zaufania.

Na Salci
Szymek debiutuje w odpowiedzialnej roli komandora spływu

Logistyka jest ważna

… jest ważna, zwłaszcza przy tak licznej grupie. Na cały spływ łącznie z przejazdami mamy  tydzień, z czego sześć dni spędzamy w kajakach. Zjechaliśmy się w Czerwonym Folwarku nad Hańczą w sobotnie popołudnie, by w niedzielę rano z całym sprzętem wyruszyć na punkt startu na Salci. Organizatorzy z akajak patrzą sceptycznie na ilości bagażu – im dłużej pływamy, tym jest ich więcej, ale zawsze się to jakoś mieści.

Na przyczepie mamy w sumie 13 kajaków i kanadyjek. Jedziemy jednym dużym busem, dołącza jeszcze samochód osobowy, który będzie czekał na mecie w Mereczu. Wieziemy ze sobą sporo jedzenia, bo przez pierwsze dni sklepu nie będzie. Zresztą jakoś tak się utarło, że jesteśmy przygotowani i samowystarczalni. Mamy wszystko! Na tydzień! W kolejną sobotę po pokonaniu ponad 150 km wrócimy tym samym busem z Merecza do Czerwonego Folwarku.

Spotkanie z Salcią

O Salci wiemy niewiele – nie ma przewodnika, szlakówki ani rzetelnych opisów w Internecie. Kilometrówka i opis na stronie bajdarka.pl wydają się mało aktualne, zwłaszcza jeśli chodzi o miejsca biwakowe, których w naszej ocenie jest zdecydowanie mniej. Cóż, sporo zależy od poziomu wody i pory roku. Wiemy, że cała rzeka do ujścia do Mereczanki ma 76 km, z czego część jej górnego odcinka przepływa przez teren Białorusi.

Szlak kajakowy liczący ok. 55 km wyznaczony jest od mostu w Gerviskes, ale na wodę schodzimy nieco wyżej, szukając łagodniejszego zejścia, choć i tu nie jest łatwo. Rzeka jest wąska i kręta, a brzegi niedogodne do wyjścia, zarośnięte, błotniste, z dość głęboką wodą.

Biwak znajdujemy po 6 kilometrach na wysokiej skarpie. Jest już późne popołudnie, a to w zasadzie pierwsze miejsce nadające się do rozbicia namiotów. Mamy zapasy wody i mnóstwo przywiezionych z domu przysmaków. Pierwsza ekipa przygotowuje gorący posiłek dla wszystkich. To nasz spływowy rytuał – obiady są wyszukane i pożywne, z wariantem wegetariańskim, a nawet wegańskim. Wprawdzie bez kompotu, ale za to z deserem. Ponieważ podczas transportu padła jedna butla, to bardzo dużo gotujemy na ognisku! Da się! Komandor spływu, powracając do dawnej tradycji, wręcza wszystkim spływowe chusteczki. Piękne, praktyczne, niepowtarzalne. Będą pamiątką na lata.

Pierwsze gotowanie na spływie, przy kociołku chłopaki z Argentyny
Nasz pierwszy biwak to typowa ulicówka – prawie wszystkie 13 namiotów ustawione w linii
Poranne zajęcia z jogi jak zwykle prowadzi Esteban

Rzeka piękna, ale…

jej uroda, jak to często bywa, jest nieoczywista. Nazwa rzeki Salcia – Šalčia wywodzi się od słowa saltas – ‘zimny’ i oddaje jej charakter. Rzeka jest wartka, czysta, ale bardzo zimna, co wynika z faktu, że jest zasilana wodami podziemnymi. Niestety, jej grząskie dno stanowi utrudnienie dla kajakarzy. W górnym odcinku wąskie koryto meandruje godzinami wśród sitowia. Trudno o prosty odcinek, a nasze ciężkie kajaki z trudem pokonują dziesiątki zakrętów.

Kanadyjki radzą sobie nieco gorzej. Jeśli odsłania się kawałek brzegu, to jest to zwykle skarpa trudno dostępna z wody. Pojedyncze przeszkody w postaci zwalonych drzew czy niskich drewnianych mostków udaje się nam pokonać bez przeciągania kajaków brzegiem. Nie do przecenienia są w ekipie ci młodzi i silni, którzy cierpliwie przerzucają osadę za osadą. Zdarza się im stać po pas w wodzie. W podzięce można zaoferować dokładkę wieczornej strawy.

Pod mostkiem się nie da, więc trzeba górą

O ile przeszkody traktujemy jako urozmaicenie szlaku, to dywany wodnej roślinności wypełniającej na długich odcinkach całe koryto rzeki są prawdziwym utrapieniem. Wiosło ledwie w nie wchodzi, a kajaki przesuwają się z trudem i bardzo powoli. Mimo to udaje się nam przepłynąć prawie 20 kilometrów.

Tak wyglądały długie odcinki Salci, szczególnie w jej górnym biegu

Nocleg znowu wypada na wysokim brzegu, z wąskim dojściem. Kolejne będą zresztą podobne. Może nienajwygodniejsze, ale za to malownicze i spokojne. Wkoło prawdziwy wysyp kurek. Patrzymy i nie zbieramy.

Kolejny urokliwy biwak na wysokim brzegu

Mimo że Salcię zasiliło już kilka dopływów i zrobiła się nieco szersza, to ciągle jest kręta.  Po drodze łapie nas jeszcze krótki, ale konkretny deszcz. Potrzebna jest przerwa na ogrzanie i uzupełnienie zapasów wody. Pod mostem blisko Žymantiškės rozpalamy ognisko, próbując zrobić coś, co ktoś odważnie nazwał herbatą. W pobliskim gospodarstwie uzupełniamy zapasy wody i w drogę.

Deszczowy przystanek

A na biwaku…

… życie toczy się stałym rytmem. Trzeba pokonać skarpę, wnieść niezliczone bagaże, rozbić namioty…Tu mamy nawet sporą wiatę, choć wszyscy i tak gromadzą się przy ognisku. Ktoś dla rozgrzewki częstuje nalewką, szybko pojawia się drewno na ognisko, a nad ogniem w kociołku gotuje się coś pysznego. Urozmaiceniem wieczoru jest trochę literatury – anegdota recytowana przez Helenę i każdego dnia głośne czytanie. W tym roku to Śmierć pięknych saren Ota Pavla. Nowością jest joga o poranku pod kierunkiem Estebana, profesjonalne masaże Iwana i poranne śpiewanie z gitarą – to robota Witka. Gienek został strażnikiem ognia.

Od samego początku nie mieliśmy na trasie ani jednej wsi ze sklepem. Pierwszy znajduje się w Valkininkai, tuż przed ujściem Salci do Mereczanki. Dobrze, bo skończyły się nam zapasy chleba. Sklep jest dobrze zaopatrzony, są nawet charakterystyczne dla kuchni litewskiej pieczone pierogi z mięsnym farszem. O kwasie chlebowym nie wspomnę, jest wszędzie.

Przepłynięcie Salci zajęło nam pełne trzy dni, nie licząc pierwszego krótkiego odcinka. Ostatni z nich to prawdziwa radość kajakowania. Rzeka jest malownicza, z szybkim prądem, nielicznymi zwalonymi drzewami i kamieniami w nurcie. Miejsc dogodnych do postoju i biwakowania też zdecydowanie więcej. Są też wysokie, piaszczyste skarpy. Wszystko to nagroda za meandrowanie w trzcinach. Ale nocleg wypada już na Mereczance.

Mereczanka – już ją znamy

Gdy dwa lata temu płynęliśmy Mereczanką, Salcia wydawała się nam niewielką rzeką. Jak to możliwe, że teraz odnieśliśmy wrażenie całkiem przeciwne? Wtedy po obfitych opadach deszczu poziom wody był bardzo wysoki, teraz w nurcie odsłoniło się więcej głazów, a kajaki pomykały na szypotach.

I choć rzeka szersza, a brzegi bardziej dostępne, to nocleg i tak wypadł na wysokiej, piaszczystej skarpie, po której skrabaliśmy się z tobołkami. Próbowaliśmy znaleźć jakiś sensowny punkt do obserwacji zaćmienia słońca, ale wyprawa zakończyła się fiaskiem. Zaćmienie wypadało tu zdecydowanie za późno, tuż przed zachodem słońca, tymczasem gęsty las przysłaniał nam horyzont. Z perseidami też się nie udało, bo drzew na naszej polanie było zdecydowanie za dużo.

Tym razem szeroka plaża, kajaki zostają na dole

Pierwsze kilkanaście kilometrów po Mereczance to chyba najpiękniejszy odcinek całego szlaku, Nie da się jej porównać do żadnej z polskich rzek. Płynie przede wszystkim lasami, jest więc trochę zwalonych drzew, które trzeba pokonać różnymi możliwymi sposobami – górą, dołem, między pniami i konarami… Nie ma ich jednak tyle, by rzeka wydała się uciążliwa. Nad wodą zwieszają się wysokie, drewniane mostki. Niektóre wyglądają całkiem solidnie, ale są i takie, po których już chyba nikt nie odważyłby się przejść. Przy jednym z nich robimy dłuższy postój – tutaj nocowaliśmy przed dwoma laty. Wtedy jeszcze mieliśmy odwagę przejść na drugą stronę. Teraz byłoby to już niemożliwe. Brzeg też wygląda inaczej.

Trochę cywilizacji

Pierwszy dzień na Mereczance to odcinek 40-kilometrowy. Szymon, nasz młody komandor, próbuje zejść z pola widzenia i … uderzenia. Mówi coś o szybkim nurcie i sprawności ekipy. Po południu zatrzymujemy się w Starych Oranach (Senoji Varena), gdzie okupujemy drugi sklep na trasie. To tutaj poprzednio kończyliśmy spływ. Wtedy mieliśmy trochę czasu na zwiedzanie, tym razem już tylko zakupy.

Kilka kilometrów dalej na lewym brzegu znajdujemy zorganizowane pole biwakowe. Wyjście z rzeki jest wąskie, ale trawka przy brzegu pięknie przystrzyżona, a wyżej prysznice. Na górnym tarasie są wiaty, miejsca na ognisko, oświetlone alejki. Gospodarze nie przewidzieli jednak ogniska nad brzegiem, siedzimy więc przy ogniu zaimprowizowanym z lampki namiotowej, komary gryzą jak zawsze, nastrój też dopisuje. Nasi wegetarianie gotowali dzisiaj żur i szczodrze dokładali wszystkim kiełbasę do misek. Największą atrakcją dla męskiej młodzieży okazały się skoki do wody, a wieżyczki były tu imponującej wysokości.

Nasz namiot nad Mereczanką
Franek z Wojtkiem wszystkie noce spali w hamakach

Na finiszu

Do mety w Mereczu i ujścia Mereczanki do Niemna zostało prawie 50 km – dwa dni płynięcia rozłożone mniej więcej po połowie. Na naszej trasie znajdują się Przełaje (Perloja), niewielkie miasteczko liczące zaledwie 700 mieszkańców, ale szczycące się tradycjami niepodległościowymi. W centrum nad niską zabudową góruje pomnik księcia Witolda. Zarówno pomnik jak i pobliski kościół stoją tu od stu lat, nie są to więc odległe czasy. W centrum znajdują się dwa sklepy spożywcze. W jednej z bocznych uliczek niewielkie domki przyciągają uwagę baśniowymi malowidłami na ścianach. Wyglądają raczej na letniska. Tych zresztą jest nad brzegami Mereczanki niemało, bo okolica wydaje bardzo atrakcyjna.

Punktem charakterystycznym jest miejsce, gdzie Uła dopływa do Mereczanki. Kilkanaście lat temu nocowaliśmy na polu biwakowym u zbiegu rzek. To teren Dzukijskiego Parku Narodowego, największego na Litwie. Teraz biwaku już tam nie ma, a wyznaczone pole znajduje się kilkaset metrów dalej po lewej stronie, znów na wysokiej skarpie. Zejście jest bardzo niewygodne, a mamy przecież 13 osad. Na górę prowadzi wąska ścieżka wśród drzew, między którymi trzeba jakoś zmieścić kajaki. Trudno wyciągnąć bagaże i rozbić namioty na nierównej polanie. Oprócz nas jest jeszcze grupa Litwinów z małymi dziećmi, staramy się więc zachowywać jak najciszej, choć to nasz ostatni wspólny wieczór.

Kilka kilometrów dalej, przed Pavociai, znajduje się rozległe pole biwakowe z doskonałym dojściem do brzegu. Panuje tu jednak wielki ruch, co chwilę podjeżdżają samochody dowożące ludzi i kajaki. Trudno powiedzieć, jako to wygląda wieczorem i w nocy, ale z tej perspektywy cieszymy się, że nasz ostatni wieczór był tak kameralny.

Atrakcją ostatniego dnia jest krótki tor kajakowy. Woda została tu sztucznie spiętrzona i unoszą się nad nią tyczki do ćwiczeń. Tor jest jednak tak krótki, że zanim przeżyje się dreszczyk emocji, już ze zdziwieniem ma się go za sobą.

Do Merecza prowadzi nas już rzeczna autostrada. Tutaj też spotykamy pierwsze kajaki. Dotąd nie mijaliśmy ani jednego spływu, choć na polanach widać było ślady biwakowania. Teraz miejscowości jest więcej, do Niemna blisko, w dodatku zbliża się weekend, więc i na rzece ruch zdecydowanie większy. To jednodniowe, rekreacyjne spływy bez bagażu na odcinku rzeki, gdzie nie ma żadnych przeszkód, a woda sama niesie.

Spływ kończymy w pobliżu mostu, tuż za ujściem Mereczanki do Niemna. I choć miejsce nie jest specjalnie piękne, część ekipy korzysta z okazji, by wykąpać się jeszcze w tej legendarnej bądź co bądź rzece. Sięgając do klasyki literatury, próbuję wyjaśnić naszym dwóm Argentyńczykom, na czym polega magia tej rzeki, ale chyba mi się to nie udaje.

Z prawej wielki Niemen, z lewej dopływa Mereczanka

W historii naszych spływów to również miejsce szczególne. Przecież to właśnie tutaj, pod mostem, w 2002 roku, podczas spływu Ułą, Mereczanką i Niemnem aż do Druskiennik, zdematerializowała się butelka Palianki, odkupionej po latach przez winowajców. Tym razem gonieni czasem na krótko wpadamy do Merecza. Pozwalamy sobie na rzut okiem na schody muzeum, gdzie kiedyś siedzieliśmy wszyscy razem z bułkami i kiełbasą w dłoniach. Nad rzeką czeka już bus, który zabiera nas do Polski. A do Merecza jeszcze wrócimy.

Ostatnie zdjęcie – cała nasza tegoroczna ekipa, 25 kajakarzy + 2 psy
  • Mapa naszego spływu z miejscami biwakowymi – MAPA
  • W relacji wykorzystaliśmy również zdjęcia Gomółka i Witka
  • Więcej zdjęć ze spływu jest TUTAJ

Jedna odpowiedź do “Kajakiem po Salci i Mereczance 2026”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *